sobota, 24 stycznia 2009

pajeczynowy blog

godz. 23.19
lata swietlne minely od ostatniej mojej tutaj wizyty. no, moze nie lata, ale na pewno miesiace. wakacje amerykanskie niedokonczone, podroz chinsko-tajwansko-singapurska w zawieszeniu. olaboga. zaniedbanie, zaniedbanie. protesty wrecz pojawily sie mailowo-smsowe, tak wiec jestem. na chwile pewnie krotka, ale moze zaspokoi to chwilowo glod protestujacych.
co sie dzialo po chinach... wyjazdow bylo troche, wylacznie jednak 'sluzbowych'. koncerty, swieta, nowy rok, a po nowym roku praca i .... wyjazdy.
wydobywam wrecz kajecik i sprawa przedstawia sie nastepujaco:
12-18.01 - londyn
19-23.01 - leeds, UK
24-31.01 - opole/wroclaw
1-4.02 - londyn
5.02 - vitoria
6.02 - gdzies w hiszpanii
7.02 - andorra
8.02 - girona
9.02 - barcelona
10.02 - zaragoza
11.02 - madrid
12.02 - londyn
13-17.02 - glasgow
18-19.02 - londyn
20.02 - birmingham
21.02 - londyn
22.02 - northampton
23.02-8.03 - londyn
9-20.03 - opole
21-29.03 - glasgow, aberdeen, inverness, dundee, edinburgh
30-31.03 - londyn
1.04 - ... - opole

tak sprawa przedstawia sie aktualnie. duzo grania, duzo pracy, ale trzeba z czegos zaplacic podatki i jeszcze odlozyc na wakacje i PODROZE wlasciwe. nie ma leTko.
przylecialam dzisiaj do domu po tygodniu grania dla niepelnosprawnych i uposledzonych dzieci (fundacja Live Music Now). mam czesto ochote krzyczec, patrzac na te biedne dzieciaki... ale wzruszen tez co nie miara i wspomnien cudnych. zdarzyl sie tez przy tej okazji koncert mojego zycia - dla 70-ciu nieslyszacych dzieci (po operacjach sluchu, z wszczepionymi implantami) - kiedy to udalo mi sie tak rozbawic publicznosc, ze pare dzieci az spadlo ze smiechu z krzesel. byly historyjki, opowiesci, ganianie ich po sali podczas grania, etc. warto grac i byc dla takich momentow.
w nowym roku duzo planow, duzo marzen, duzo postanowien. poza praca dzialania charytatywne, proby nowych sportow (pani trawiasta, licze na kolejne spotkania squashowe!!!), oddawanie krwi i szpiku, etc.
strach sie bac, jak ten czas szybko leci (za rogiem juz luty... olaboga...), ale skoro juz musi tak leciec, to przynajmniej czyms pozytecznym go wypcham.
zeby kompletnie nie zwariowac odmozdzam sie aktualnie dosc intensywnie filmami, choc w sumie nie jest to zadne odmozdzanie, bo filmy dobre z moja ulubiona MERLIN streep (dlaczego merlin, a nie meryl pozostaje rodzinnym sekretem:)). niech zyje.
zapuscilam sie dosyc okrutnie fotograficznie. nabylam coprawda droga kupna nowszy model nikona, ale uzylam w ciagu paru miesiecy... raz... wstyd. obiecuje sie jednak poprawic, a zeby nie bylo, zalaczam zdjecie sniezne z opola w okresie swiatecznym.
mam nadzieje, ze wszyscy czytajacy ( i nie czytajacy rowniez) zdrowi i usmiechnieci. dbajcie o siebie, kochani.
a w nowym roku i wam i sobie zycze, zebysmy czas mieli na ZYCIE.
adijos.
ps. wierszyk sam z siebie wyszedl - wlasnie odkrylam.
ps.2. jesli ktokolwiek z czytajacych mialby ochote wspomoc w jakikolwiek sposob fundacje i dzialania charytatywne, w ktore jestem zaangazowana, zapraszam goraco i podaje adresy:
www.equalitynow.com
www.unicef.com
www.wwf.org.uk
www.amnesty.org
www.livemusicnow.org.uk

poniedziałek, 6 października 2008

szeroko otwarte ramiona tajwanu

taipei, godz. 23.34
jestem na tajwanie raptem od paru godzin i chociaz nie widzialam prawie nic - jak tu inaczej, przyjemniej!
nie wiem, co sprawia, ze te wszystkie miasta sprawiaja wrazenie naprawde brudnych, biednych, chaotycznych, zapomnianych, ale w taipei pomimo to czuc zycie (podobnie jak w szanghaju). porownujac z macau - niebo a ziemia.
moze i jest tu biednie, ale ludzko, realnie, zyciowo. ludzie nieprzytomnie usmiechnieci, otwarci, oferuja pomoc na kazdym kroku, tlumacza, co gdzie i jak.
ucielam sobie popoludniowa drzemke, po czym poszlam do centrum na kolacje - pyszna lokalna ryba + japonskie ciastko wygladajace dosc osobliwie, bo jak ludzki zad. zeby bylo ciekawiej, udekorowane toto lisciem. po kolacji podjechalam metrem do longshan temple (swiatynia) i pokrecilam sie po okolicy, glownie zeby znalezc snake's alley - snake's market. mialam w planach zjesc cos egzotycznego, ale przyznaje sie bez bicia - nie starczylo mi odwagi. taipei slynie ponoc z nocnych marketow i faktycznie jest to interesujace (pierwszy raz widzialam pudla w dzinsach i pulowerze), ale smrodu nie jestem w stanie opisac. nie mowiac o tym, co sie tam je. podroby lubie - serca, zoladki, nerki, watrobki, a owszem, ale nie wiem, co bylo tutaj na straganach i chyba nie chce wiedziec. rarytasy! ;) wszystko czeka na usmazenie, ugotowanie. nic jednak nie pobije ogromnych slojow z piklowanymi wezami i piklowanymi myszami. smacznego.
ps. skonczylam autobiografie harpo marxa i jest juz w polowie biografii heatha ledgera. czytam, czytam i nadziwic sie nie moge, jakie podobienstwo z moim stosunkiem do pracy i nie pracy.

pozegnanie z chinami

godz. 12.25
siedze w samolocie, zaraz odlatujemy z hong kongu do taipei. spalam dzisiaj mniej wiecej 3,5 godziny, a do tego wzielam dwa aviomariny, wiec ledwie trzymam sie na nogach. wczorajszy dzien w macau sredniej jakosci - parenascie godzin solidnego deszczu i wiatru dalo sie we znaki. zwlaszcza na 15tym pietrze hotelu. wstalam ok.9.30, zjadlam sniadanie w towarzystwie dwoch podejrzanych chinskich typow, zajmujacych sie glowie odchrzakiwaniem kataru, dlubaniem w zebach i paleniem papierosow, po czym wrocilam do pokoju i ... obudzilam sie znow ok.13. prysznic, spacer krotki po miescie (stosy smieci, ulotek, specyficzny zapach powietrza; ciekawa sprawa - kilkudziesieciopietrowe szklane, wybitnie wspolczesne wiezowce powstaja przy uzyciu rusztowan z bambusa), wizyta w supermarkecie (cukierki wodorostowe) i jeszcze chwila snu. wieczorem koncert, a po koncercie wizyta w kantorze i aptece (chinskie leki przeciw chorobie lokomocyjnej; nota bene ponad 60% lekow w chinach, to lipa, oszustwo), pakowanie i spac. o 6 rano wyjazd z hotelu, podroz wodnym odrzutowcem z macau do hong kongu, sniadanie na lotnisku, za chwile lot.
tajfun mial uderzyc wczoraj i szczerze mowiac wiekszego deszczu i wiatru niz wczoraj nie widzialam jak zyje. bylo to jednak tylko preludium, a sam tajfun oslabl gdzies po drodze, wiec udalo nam sie nie utknac w macau. alleluja.
podsumawujac: chiny ciekawe i drogie. ciekawe wizualnie, nieciekawe socjalnie i systemowo. ceny czesto wyzsze niz w londynie, co jest imponujace. ludzie nieuprzejmi, glosni. na ulicach brod, smrod i bieda wymieszana ze wspolczesnoscia (innego rodzaju mix niz np. w rosji, gdzie zloto kapie z budynkow; tutaj jest to raczej technika i modernizacja, futurystyczne budowle). jedzenie srednie jak na azje (potwornie duzo tluszczu), woda nie nadajaca sie do niczego. prawie kompletny brak zieleni w miastach, w ktorych widzialam. wilgotnosc powietrza powalajaca. bardzo ciekawie zobaczyc to wszystko na wlasne oczy, ale naprawde jest to inna planeta.

sobota, 4 października 2008

stolica rozpusty

4.10.2008, godz. 23.41
macau. chinskie las vegas. jedyne miejsce w chinach, w ktorym hazard jest legalny. nie sadzilam, ze jest na swiecie jeszcze jedno tak brzydkie miejsce, jak las vegas, ale jak widac cale zycie w niewiedzy... co za paskudztwo.
pomijajac zaduch (+30 C), naprawde trudna do zniesienia wilgotnosc powietrza (wdycham wode, a na glowie mam strzeche), brud, wszystko oblepione neonami, kompletny brak zieleni, jest tu poprostu przygnebiajaco. takie miejsca bardzo zle na mnie dzialaja. pieniadze, hazard, prostytucja.
do hong kongu przylecielismy ok.15, a o 17 bylismy juz na pokladzie TURBOJET'a, czyli szybkiej lodzi relacji hong kong - macau. tajfun sie nie pojawil, ale fale wystarczajaco silne, zeby przy takiej predkosci doprowadzic 3/4 pasazerow do uzycia papierowych torebek. na szczescie ta przyjemnosc mnie ominela - ogluszylam sie piosenkami zespolu the shins, zamknelam oczy i po krzyku. na bagaze czekalismy na miejscu chyba z zylion godzin. jeden rozklekotany wozek do przewozenia walizek, polowa bagazy mokra, wydawanie przesylek na kartki, etc. ledwie przyszlismy przez odprawe celna, walizki wyladowaly znow na kupie - tym razem na przyczepie ciezarowki. w autobusach, ktore pamietaja chyba XVI wiek nie bylo bagaznikow... hotel jak dla mnie o.k., bo mam szczescie i dostalam pokoj na 15tym pietrze - jedynym dla niepalacych, wiec nie smierdzi. alleluja. lazienka zaprojektowana chyba za to wylacznie dla azjatow, bo stojac w wannie dotykam glowa sufitu, a zaden ze mnie znowu michael jordan.
wymienilam w kantorze za rogiem dolary na walute makauanska (pomimo to, ze macau jest juz czescia chin, a nie portugalii, nie przyznaje sie do chinskiej waluty), zjadlam kolacje w lokalnym barze (jedzenie zaskakujaco dobre; zamiast menu dostalam do reki photo album ze zdjeciami wszystkich potraw; wielkie prawdopodobienstwo, ze jadlam psa...), kupilam do degustacji troche chinskich slodyczy i napojow dziwnych, wypralam przed chwila polowe rzeczy (wylal mi sie w walizce szampon - coz za radosc!... ) i ide spac.
tajfun ma uderzyc jutro lub pojutrze, wiec nie wiadomo, czy i jak sie stad wydostaniemy. wolalabym utknac w hong kongu, jesli w ogole...

piątek, 3 października 2008

bez tlenu i ciszy

3.10.2008
wrocilam wlasnie z koncertu i spedzam ostatnia noc w szanghaju. jutro przenosimy sie samolotem do hong kongu, a stamtad promem do macau. taki jest w kazdym razie plan, a co bedzie w rzeczywistosci - nie mam pojecia. ledwie udalo mi sie zbic temperature i zgubic przeziebienie, pojawil sie nowy problem w postaci zapowiadanego na jutro w hong kongu ... tajfunu...
ot, drobiazg, zeby sie nie nudzic...
shanghai taki dzisiaj dziki i chaotyczny jak i wczoraj. jesli sie nie ma klaksonu (tak sie dziwnie sklada, ze nie nosze...), trzeba rozpychac sie lokciami, bo ludzie doslownie wlaza na siebie bez zadnego przepraszam. sprzedawcy uliczni, to osobna historia. nie wystarczy powiedziec 'nie,dziekuje'. trzeba niemalze kopnac, zeby sie delikwenta pozbyc. w sklepowo-deptakowe czesci miasta 'watch or bag' zamienilo sie w 'watch or bag or dvd or shoes' - jak widac handel kwitnie. odmawialam przy kazdej mozliwej okazji, czyli mniej wiecej tysiac razy na sekunde, az w koncu zgielam sie w pol ze smiechu, kiedy jeden zdesperowany chinczyk wykrzyczal (po uprzednim 'watch or bag'): 'my name is a cos tam, you are beautiful, i love you, see you tomorrow'.
coz, nie bedzie zadnego tomorrow...
zwiedzilam dzisiaj kolejne czesci miasta, w tym people's park (wdalysmy sie z elen w dyskusje z paroma lokalnymi, ktorzy przy swojej znajomosci jezyka i geografii wywnioskowali, ze londyn jest w polsce...). kuchennie - zjadlam dzisiaj dwa 'lizaki' z osmiornic - PYCHA!!!, a taksowkowo - rowniez bardzo udanie. taksowkarz coprawda nie plul, ale za to tak zajezdzal wszystkim droge (choc to i tak norma), ze w koncu ktos, kto stanal samochodem obok urwal mu reka w nagrode prawe lusterko.przy obu lusterkach i tak ciezko przezyc podroz chinska taksowka, a bez lusterek - niech mnie dunder....
chinczycy ogolnie rzecz biorac bardzo agresywni, glosni i pewni siebie, a do tego mili zazwyczaj tylko wtedy, jesli chca cos zarobic. nie mowiac o tym, ze patrza na mnie jak bym spadla z kosmosu z takim wygladem, czyli bez skosnych oczu. z drugiej jednak strony skosnoocy turysci zatrzymali mnie juz pare razy, proszac o wspolne zdjecie, poniewaz sa po raz pierwszy w szanghaju. czyli wygladam jednak lokalnie? musze sie wgryzc w historie mojej rodziny - chinskie korzenie na horyzoncie.

czwartek, 2 października 2008

shanghai to czy dom wariatow???

2.10.2008
matko boska, co to za miasto. ciagle shanghai.
chinczycy glosni, halasliwi do granic wytrzymalosci, kompletnie bez manier. dra sie na calego przy kazdej okazji, rozpychaja lokciami i maja do wszystkiego prawo.
smrod wszedzie, balagan, brod i harmider. doszlo do tego, ze w pewnym momencie wlozylam do uszu zatyczki, a na nos okulary sloneczne, zeby jakos przetrwac.
na ulicach bitwa o miejsce. zielone swiatlo nie znaczy nic. NIC. kazdy chodzi jak chce i gdzie moze (wczoraj, z czego jestem dumna, przebieglam bez uszczerbku na zdrowiu przez 8-pasmowa droge szybkiego ruchu). jesli na ulicy brakuje miejsca, samochody wjezdzaja na chodniki. czemu nie...
sodoma i gomora.
zwiedzilam dosc solidnie stare miasto, pare swiatyn, targ z antykami, ogrody yu yung (jedyny zachowany w miescie prawdziwie chinski, tradycyjny rejon), akwarium (w srodku najdluzszy, ale niestety nie najciekawszy tunel podwodny na swiecie - 155metrow). wypilam tez koktajl na szczycie trzeciego najwyzszego budynku swiata i zaliczylam najbardziej osobliwe podroze taksowkami ( przed chwila wiozl mnie pan, ktory w trakcie jazdy przy kazdej mozliwej okazji otwieral drzwi i wypluwal nadmiar sliny i ... kataru... - OBRZYDLISTWO). kupilam tez pare lokalnych wyrobow i calkiem niezle nauczylam sie targowac po chinsku!
jedzenie - degustuje, co sie da. kluski z mieczakami i wodorostami, wedzone jajka przepiorcze i ciasto o smaku i wygladzie plasteliny podawane do herbaty, etc.
poki co zyje o wlasnych silach, walczac przy okazji z temperatura, zolta woda, zmiana czasu i brakiem ciszy.
co za dzicz. inna planeta, jak slowo daje.

ps. zdjec mam sporo, ale dolacze pozniej, bo nie mam swojego komputera.

wtorek, 30 września 2008

olaboga, hrabina u azjatow

30.09.2008
lata swietlne minely od poprzedniego wpisu, a co sie dzialo po drodze...
duzo podrozy roznych po polsce i nie tylko.
skarg odnosnie braku uaktualnien wplynelo juz jednak na tyle duzo, ze oto jestem.
a jestem w .. chinach.
tournee z orkiestra i leonardem slatkinem. rejon - far east, czyli chiny, tajwan, singapur.

shanghai. dzikie tlumy, pelno kiczu. co chwile ktos probuje wcisnac ci albo torebke albo rolexa (jedyne zdanie, jakie chinczycy mowia po angielsku, to 'watch or bag' (zegarek czy torebka), co w ich wykonaniu brzmi 'watch your bag' (uwazaj na torbe) i jest chyba bardziej na miejscu ( juz w pierwszy dzien mialam w swoim plecaku nieproszona chinska reke), nie mowiac o zabawkach i innych apaszkach. ruch uliczny pt. ratuj sie kto moze. jak zwykle kontrasty - sklep armaniego, a pod sklepem bezdomne dzieci o tak ladnych buziach, ze naprawde ciezko przejsc obojetnie. chaos na calego.
tradycyjnej chinszyzny nie za duzo. napisy, rzecz jasna chinskie, ale ogolnie rzecz biorac - wiezowiec na wiezowcu, XXI wiek. Pelna modernizacja. Szkoda bardzo. [wlasnie przez pomylke wlaczyly mi sie przy pisaniu chinskie znaki. olaboga.]
w ramach zapoznawiania sie z kuchnia lokalna zjadlam grillowana makrele, ryz i zupe miso, a na deser dziwaczne, slodkie ciastka o wygladzie zapieczonej breji z cebula. jutro ciag dalszy eksperymentow.
jesli chodzi o wode, smierdzi plesnia i jest czesto zolta. owoce, warzywa - nie tykam. zero surowego. wszelkie bezpieczenstwo zachowane. jestem uzbrojona poza tym po zeby w tabletki do odkazania wody i plyny dezynfekujace.
jeszcze odnosnie brudu na ulicach - SYF!!!! wezmy chociazby reprezentatywna promenade 'bund', z widokiem na trzeci najwyzszy budynek na swiecie - otoz promenada, ( jak i reszta miasta) smierdzi, cuchnie wrecz. dlaczego? a dlatego, ze stoja tam sobie dzielnie publiczne toalety, w ktorych mozna sie w srodku zalatwic, a z ktorych wszystko wycieka bokiem na chodnik.

sobota, 12 lipca 2008

żółwie tempo

godz. 23.44
wieki cale mi to zajmuje, ale po fakcie zawsze trudniej pisac. probuje zlozyc do kupy relacje z pieciodniowej trasy objazdowej.
przylecialam ze stanow do warszawy 9.07, w warszawie, ku uciesze mojego 4-letniego bratanka, jasia, zostalam do wczoraj (poszlismy na 'wall*e' - cudny film), a teraz jestem juz w opolu. kupilam dzisiaj grill zeliwny, wiec sezon uwazam za otwarty. poza tym w gniezdzie nad drzwiami do ogrodka wyklulo sie piec ptaszkow (nazwa rasy: kopciuszek), wiec jest co ogladac i czego sluchac. male, slepe ptaszki, wszystkie z irokezami na glowie:)
wracajac do relacji - nie mam sily przepisac teraz calosci (mam notatki na karteczkach z roznych hoteli), tak wiec bedzie w odcinkach. zamieszczam chronologicznie (3-7.07), wiec kto zainteresowany, niech sie cofnie pare wpisow wstecz.
milego czytania

środa, 9 lipca 2008

raport z frankfurtu

godz. 9.58
jestem na lotnisku we frankfurcie, za 2godz. lece do warszawy.
lot z seattle w sumie dobry poza dwukrotnym ladowaniem (pilot poderwal samolot w ostatniej chwili do gory z powodu kamienia na pasie) i wymiotowaniem mojego 8-letniego sasiada.
drugi sasiad tez niezly - gbur i dziwadlo, pol drogi awanturowal sie o podwojna porcje whisky, ktorej mu odmawiano. ze tez mu sie nie znudzilo.
obejrzalam '21', 'definitely, maybe' i fragmenty roznych innych glupot.
w seattle przed wyjazdem piekna pogoda (pawel, maz doris zabral mnie na przejazdzke motorem -115mil na godzine:)- dzieki ktorej zdazylam kupic spiwor). mam nadzieje, ze w wwie tez slonecznie.
ide szukac bramki.

poniedziałek, 7 lipca 2008

wielki kambek

godz. 1.00
klade sie spac, nieprzytomna.
wrocilysmy dzisiaj wieczorem do seattle po pieciu dniach rozbijania sie po stanach.
przejechalysmy 2143 mile, jadac przez washington, idaho, montane, wyoming i oregon.
duuuzo wrazen i ogolnie rzecz biorac wyjazd cudny. zdjec sporo, zapiski z podrozy sa - wszystko pojawi sie tu po powrocie do polski, a lece jutro. jak ten czas szybko zlecial - az strach pomyslec.
ps. montana jest obledna - tam tez moglabym mieszkac. zdecydowanie...

sobota, 5 lipca 2008

kaugerls w podrozy, dzien trzeci

godz. 11.06
montana, okolice townsend
pogoda jak marzenie, przygrywaja nam punch brothers i skakac sie chce z radosci. zatrzymalysmy sie ok.9.30 przy zagrodzie krowiej w celach fotograficznych, a pare usmiechow pozniej taplalam sie juz w krowim lajnie, stojac z krowami oko w oko. przemili farmerzy (jak powiedziala mi jedna z pan, mieszkaja tu od czterech pokolen; farma 9x7mil !) nie dosc, ze pozwolili nam buszowac po zagrodzie, to jeszcze zaoferowali przejazdzke konna. poczekalysmy 40min, az krowy przeszly na druga strone drogi i dosiadlysmy: doris prince'a, a ja snickers'a. na trzecim koniu jechal lane, najmlodszy na ranczu. konie boskie! pojezdzilysmy troche po krowiej polanie, wymienilismy maile i w dalsza droge samochodowa. jak tu jest pieknie!!!



godz. 0.10
kolejna zmiana planow - zrezygnowalysmy z przejechania grand teton national park (znow szkoda, ale opoznienie czasowo-milowe daje sie we znaki) - z yellowstone wyjechalysmy dopiero o 20. ale co sie dzialo... !!!
niedzwiedzie, grizzli, bizony, jeleniopodobne (w tym matki karmiace), pika (smieszne, male gryzonie), kojoty. polany, gory, wypalone lasy (olbrzymi pozar w 2000r.), jeziora, wodospady, rwace rzeki i spokojne strumyczki. no i rzecz jasna gejzery (widzialysmy wszystkie najwazniejsze, w tym trzeci najwiekszy na swiecie - cos pieknego! -turkusowa woda - i niebezpiecznego - grozi wybuchem w kazdej chwili). wjechalysmy od strony polnocnej, wyjechalysmy zachodnia. zwierzeta przy lub na drogach, natura WSZEDZIE naokolo. mialysmy nocowac w boise, stolicy idaho, ale zabraklo czasu na dojechanie (a i tak bylysmy w trasie przez ok.14 godzin), tak wiec po kilku probach znalezienia noclegu w st anthony (najpierw znalazlysmy dom pogrzebowy, a pozniej dom starcow - trzeba bylo wiec dac za wygrana) wyladowalysmy pare mil dalej w motelu days inn w rexburg, idaho. to jak na razie nasz najdrozszy motel - jest lazienka, duze lozka, a nawet mini sniadanie. przyjezdzamy codziennie wszedzie za pozno na rozbijanie gdziekolwiek namiotu.
to byl zdecydowanie najlepszy dotychczas dzien w ciagu tej eskapady i chyba trudno bedzie to pobic, jadac jutro przez idaho i oregon (z calym szacunkiem).
ide spac. za pare godzin wsiadamy dla odmiany do samochodu...
ps. misja w montanie zakonczona powodzeniem - w wilsall (pare domow na krzyz na pustkowiu, a mieli galerie sztuki!) kupilam pare wyrobow lokalnych ( zdjecia, rzezba drewniana, etc.), a w livingston -oryginalne indianskie bransoletki i drewniane pudelko na muchy, w ktorym dumnie spoczywa juz szesc much z wczoraj:)

piątek, 4 lipca 2008

forf of dzulaj, podrozy dzien drugi

godz.22.15
spalam wczoraj ok.2godziny - niemoc spaniowa kompletna.
jestesmy w helenie, stolicy montany, w motelu budget inn (nazwa mowi sama za siebie:)). ostatni wolny pokoj (nr 212) w jedynym w miare bezpiecznie wygladajacym motelu w okolicy. dla palacych, wiec wlasnie uskuteczniamy wietrzenie. niska cena, duze lozka, lazienka - jest dobrze!
siedzialam dzisiaj za 'sterem', czyli kierownica przez ok.11 godzin (niemalze bez przerwy), co jest poki co moim zyciowym rekordem. z boni feri wyjechalysmy ok. 8 rano, kierunek columbia falls. do CF dojechalysmy (po drodze zatrzymujac sie w paru malowniczych miejscach, m.in. kootenai falls county park), a jakze (po drodze nadlatujacy za szybko z lewej strony kamien rozwalil nam przednia szybe na wysokosci lusterka, na szczescie nie na wylot), ale nie znalazlysmy zadnych falls, czyli wodospadow. w zwiazku z powyzszym udalysmy sie do west glacier, gdzie znalazlysmy za to brame wjazdowa do glacier park, do ktorego nie mialysmy czasu wjechac:( wrocilysmy do (kupilam po drodze lokalne dvd z filmem o okolicy +pare much-przynet na ryby w ramach realizacji planu flajfiszowania w montanie, a doris skleila szybe super glue) prosto na droge do missouli. widoki piekne! po lewej -rocky mountains, po prawej -jeziora, polany, lasy i ... potworna burza, przed ktora udalo sie uciec. no, prawie.... dopadla nas w drodze z missouli do heleny - blyskawice, grzmoty - siwy dym! mialysmy coprawda dojechac dzis do yellowstone, ale nocujemy w stolicy - dziwnym, wymarlym miescie (malo sympatyczne o dosc fabrycznym, industrialnym wygladzie; nie wzbudzajace zaufania, pomimo kosciolow na kazdym niemalze rogu). kolacje zjadlysmy w chinolu (wszystko inne albo zamkniete albo zajete z powodu swieta narodowego) i wlasnie cierpie pokolacyjne, zoladkowe katusze.
montana tak czy siak obledna!!! jesli ktos nie widzial 'rzeki zycia', polecam. nie dosc, ze cudny film, to jeszcze widoki takie, jakie dzisiaj mialam przed oczami przez caly dzien. lasy, gory, rezerwaty indian, pagorki, jeziora, rwace rzeki, strumyczki, pasace sie krowy i konie, wijace sie miedzy gorami drogi. olbrzymie przestrzenie, zielona, swieza trawa - PIEKNIE!!! (momentami nieco nawet po polsku).
az dziw, ze tak cudny stan ma tak parszywa stolice... :)
gudnajt

czwartek, 3 lipca 2008

samochodem przez stany czyli dwie baby za kierownica; dzien 1

godz. 22.19,
motel bear creek lodge w bonners ferry (granica idaho i montany).
leze w wielkim, chyba szescioosobowym lozku, wyprysznicowana, w zasadzie najedzona i sie smaze. pokoj mamy ladny (z lazienka! fiu fiu!), ale jesli chodzi o temperature - sauna, to malo powiedziane.
z seattle wyjechalysmy ok.10 rano. zatrzymalysmy sie w cle elum na sniadanie (bajgl z krim cziz i kawa) i tankowanie paliwa, w spokane na obiadowa przekaske (ok.16) i kolejna kawe (+portret z automatu dla uwiecznienia obu nas na jednym zdjeciu), a ok. 20 dotarlysmy do bonners ferry, czyli po mojemu boni feri. jestesmy ok.100mil do tylu, jesli chodzi o plan i czas, ale jutro (ciezki dzien) wszystko powinno sie nadrobic. a jak nie, to nie.
mamy ze soba namiot, spiwory i karimaty, ale kemping, na jaki nas skierowano w lokalnym sklepie zdecydowanie nie budzil zaufania - pare samochodow w lesie, zero wody, etc.
motel byl najlepszym wyborem. tym bardziej, ze cala zawartosc mojej kosmetyczki (+okolice kosmetyczki w walizce) zostala zdemakijazowana mleczkiem, ktore sie glupie raczylo bylo nieproszone otworzyc z powodu upalow. zeby jedno. otworzyly sie mleczka dwa, dzieki czemu moglam sobie zdemakijazowac zeby ufajdana w tej apetycznej mazi szczoteczce do zebow.
jestesmy w kazdym razie w idaho. jechalysmy przez stan washington w zasadzie przez caly dzien i to naprawde niesamowite, jak zmienia sie krajobraz. na poczatku lasy (i ulewy), pozniej pustynia (chyba 100 stopni w cieniu, a ja pomimo to wdrapalam sie na szczyt wzgorza i zrobilam zdjecie metalowych pedzacych koni) i kaniony (a w kanionach-jeziora; stanelysmy pare razy na prysznic w zraszaczu do trawy - nie dalo sie wytrzymac z goraca), a na koniec pola (w lusterku widzialysmy robiaca sie wlasnie malenka trabe powietrzna). co by to jednak nie bylo - ogromne przestrzenie.
idaho poki co zalesione i rzadko zaludnione.
jutro po godzine jazdy powinnysmy znalezc sie juz w montanie. zmodyfikowalysmy nieco plan i nie zahaczamy o glacier national park, ale glowny plan, to i tak yellowstone, wiec tego sie bedziemy trzymac.
ahoj, przygodo!

środa, 2 lipca 2008

pozegnanie (no, prawie...) z seattle

godz. 0.17
jakies 25minut temu zgrilowalysmy z dorota w ogrodzie lososia, a teraz siedzimy z wypchanymi zoladkami i cos mi sie zdaje, ze jedyne, co mnie moze uratowac, to sen.
zwiedzilysmy dzisiaj pacific science center (polecam), obejrzalysmy w imax film 3D - 'wild ocean: where africa meets the sea' (rowniez polecam - przepiekne zdjecia), a wieczorem bylysmy na koncercie w benaroya hall. jeden z najlepszych koncertow, na jakich bylam w zyciu -w pierwszej polowie the punch brothers (folk/bluegrass), a w drugiej mark o'connor & hot strings trio (jazz+folk). niesamowita energia i radosc z grania, ktora udzielala sie publicznosci - smialismy sie wszyscy do dzwiekow jak glupi do sera:) kupilam w przerwie trzy plyty, a po koncercie dostalam autografy (moja kolekcja z tego wyjazdu urosla do 11 plyt).
na obiad, w ramach dbania o, ekhem, linie, zjadlam same owoce, w tym dinosaur's egg (rodzaj sliwki) i doughnut peach (brzoskwinia w ksztalcie paczka) wedle zasady, ze nowosci kulinarnych nigdy za wiele.
dzisiaj ostatni w zasadzie dzien w seattle (wylatuje stad do polski we wtorek, ale w seattle bede juz tylko z pon na wt, przed wylotem do polski), jutro ruszamy w pieciodniowa podroz samochodem przez piec stanow. plan podrozy:
seattle - spokane - columbia falls (glacier park)
columbia falls - missoula - yellowstone national park
yellowstone - grand teton national park - boise
boise - lewiston - pendleton - portland
portland - seattle
zabieramy ze soba spiwory i namiot, tak wiec co by sie nie dzialo, bedzie dobrze.
trzymajcie kciuki.
si ju sun

twin peaks

godz. 10.06
duzo dzwiekow naokolo - za oknem spiewaja ptaki, przejezdzaja okazjonalne samochody, a u mnie w brzuchu burczy juz niemalze orkiestra. czas na prysznic i brekfest.
wczoraj nie pisalam, bo mi sie poprostu nie chcialo. szczerosc jest w cenie.
wyjechalysmy z doris z seattle ok.12, wrocilysmy ok.23.
glowny punkt wczorajszego programu - twin peaks, czyli w rzeczywistosci north bend i snoqualmie. na dobry poczatek odwiedzilysmy wodospady snoqualmie falls (znany widok w serialu) i mala sklepiko-galerie, prowadzona przez jednego z czlonkow ginacego plemienia snoqualmie (kupilam plyte z muzyka regionalna - ciekawa, choc dziwna) a pozniej, dzieki pomocy pani z informacji turystycznej w north bend, ktora dala nam mape i zaznaczyla na niej co trzeba, odwiedzilysmy reszte miejsc serialowych - roadhouse, motel, szkole i inne mosty. na koniec pare zdjec w miejscu, gdzie stal slynny znak 'twin peaks, population....' (oczywiscie juz go tam nie ma, bo to czysta fikcja, choc szkoda...) i powrot do seattle. obiad (a w zasadzie kolacje) zafundowalysmy sobie meksykanski, po czym nastapil maly szoping i tyle z dzisiaj. z ciekawostek - rano podczas testu wyszlo mi, ze wiek mojego mozgu, to, bagatela, 80 lat. jak to sie czlowiek moze szybko posunac z wiekiem...
ps. przestalam sie juz ludzic, ze uda mi sie tutaj wklejac zdjecia - wyglada na to, ze pojawia sie po moim powrocie.

wtorek, 1 lipca 2008

turysta byc czyli spacer po seattle

godz. 0.00 (!)
jakies dwadziescia minut temu dotarlam do domu, opilam sie soku i wody, zaraz wezme prysznic, nasmaruje sie kremem od stop do glow (na dworze upal, w zwiazku z czym pojawila sie na mnie pierwsza Spalenizna od paru lat) i ide spac. dlugi to byl, mily, dzien. duzo wrazen.
odwiedzilysmy dzisiaj z doris klub, w ktorym wystepowala nirvana, pearl jam i inne tuzy (mialam w planie kupno koszulki dla mojego wielkiego brata, ale bieda w sklepach, az piszczy) i muzeum 'music project', w ktorym obejrzec mozna glownie kolekcje gitar (od czasow powstania girary), specjalna wystawe poswiecona j.hendrixowi (ja fanka nie jestem, ale bylo to ciekawe - fragmenty gitar, ktore roztrzaskal na koncertach, dzienniki, etc.), a takze odwiedzic sale, w ktorej kazdy ma mozliwosc pograc na czym sie da, a nawet nagrac to wydarzenie artystyczne na plyte.
zaraz obok 'music project', znajduje sie science fiction museum, ktore rowniez zwiedzilysmy - historia filmu w zasadzie, a przy okazji wiele autentycznych eksponatow z diuny, terminatorow czy innych gwiezdnych wojen (byl rowniez jeden polski plakat! odyseja kosmiczna 2001). poza muzeami wjechalysmy rowniez na czubek space nero (= space needle - znak charakterystyczny seattle; swietny widok z gory - panorama miasta) i zaliczylysmy trase z przewodnikiem smiesznym lodko-samochodem (ride with ducks). kierowca wariat, zabawna muzyka, a przy tym dziwaczny pojazd (najpierw jezdzi po miescie, a potem wjezdza na lake union i staje sie lodzia) - polecam. zobaczylysmy panorame seattle z poziomu wody, a takze m.in.dom, w ktorym krecony byl film 'bezsennosc w seattle' (dom jest obecnie na sprzedaz - 2.5 mln dolarow). po tych wszystkich atrakcjach wrocilysmy do scislego centrum, zjadlysmy bardzo osobliwe hot-dogi (kielbasa z kurczaka, szpinak, feta, kiszona kapusta, cheddar, keczup...) i poszlysmy do kina na 'wall-e' disney'a. uroczy film, a glowny bohater, robot, przeslodki.
aha, na obiad poszlysmy na pike place market, gdzie obie zjadlysmy pacific bisque chowder - PYCHA!!!! zupa z lososiem, krewetkami, kalmarami, bazylia i odrobina pomidora. mniam!!!
ide spac. jutro kolejny dzien eksplorowania okolic.
ps. zapomnialam napisac, ze na alasce, w skagway, w ktorym mieszka ok.1800 osob spotkalam na ulicy trojke polakow typu fura, skora i komora. niebywale. polacy sa naprawde wszedzie.

niedziela, 29 czerwca 2008

krotki trening na glodniaka

godz. 1.11
jestem w seattle, co znaczy, ze przygoda na alasce oficjalnie dobiegla konca.
do vancouver przybilismy dzisiaj ok.7.30 i juz 40minut pozniej bylam na brzegu (zapisalam sie na express walk off). wszystko bylo coprawda o tej porze zamkniete, poza starbucksem przy robson street, gdzie kupilam kanapke na potem i moje tradycyjne caramel frappuccino. z kawa w reku uskutecznilam spacer w strone stanley park, gdzie zaplanowalam zwiedzenie akwarium oraz przystanek przy totemach. plan calkiem przyjemny, ale jak zwykle z realizacja gorzej. napatoczyla mi sie po drodze wypozyczalnia rowerow i nie moglam sobie odmowic przyjemnosci pojezdzenia na dwukolowcu (uwielbiam!!!). pare kwitkow do wypelnienia i 5 minut pozniej siedzialam juz na resorowanym siodelku 7-przerzutkowego cruisera, a jeszcze dwie minuty pozniej bylam juz nad brzegiem oceanu. jesli mi ktos powie, ze jest cos lepszego, niz jazda na rowerze w piekny, sloneczny dzien, z leciutkim wiatrem na twarzy - nie uwierze. pelnia szczescia. jechalam tak sobie spokojnie, szczerzac sie z radosci do siebie i planowalam objechac caly stanley park naokolo (jest to wyspa), ale, debil, nie sprawdzilam, w ktorym momencie musze odbic z trasy. dzieki nie odbiciu w pore zatoczylam olbrzymie kolo i w rezultacie na glodniaka, bez sniadania przejechalam dokladnie 37km, w czym spora czesc pod gore. mozg na wakacjach....
przepocona, usmiechnieta i lekko wyglodniala oddalam rower i udalam sie w strone centrum, gdzie w pierwszej kolejnosci kupilam krotkie spodenki na zmiane - dzieki rowerowi wygladalam, jakbym miala problemy z trzymaniem moczu:) ok.12 spotkalam sie z lukaszem, ktory zszedl akurat na pare godzin ze statku. pochodzilismy troche, zjedlismy obiad i ... wpadlam na dorote i pawla, ktorzy przyjechali po mnie do vancouver i przypadkiem byli wczesniej. pozegnalam sie z lukim, po czym w zwiazku z pieknym dniem pojechalismy w trojke do ... akwarium. nie mialam zbyt wiele czasu i oblecialam wszystko raczej jak torpeda, ale spedzilam pomimo to przy wydrach, umierajac z zachwytu - sliczne!!! po wizycie w akwarium wpakowalismy sie z powrotem do samochodu i siup, do stanow. przekroczenie granicy bez problemow, w domu na kolacje tortillas, a teraz czas na sen. jutro zwiedzam seattle.
gudnajt
ps. vancouver bardzo ladne. w centrum duzo wiezowcow, wszystko zadbanem czyste. sprawia wrecz wrazenie ekskluzywnego, o nieco europejskim charakterze.
ps.2. dodalam kolejne zdjecia do poprzednich wpisow.

sobota, 28 czerwca 2008

ostatni dzien na morzu

godz. 18.29
dzien lenia. zasnelam wczoraj ok.0.30, obudzilam sie dzisiaj o 10. wysluchalam komunikatu kapitania o solidnej mgle i zwiazanej z tym zmianie trasy, umylam zeby, poszlam na pogadanke o podatkach i cle przy wplywaniu do vancouver (pomimo pogadanki wciaz nie rozumiem NIC), zjadlam sniadanio-obiad o 12, wrocilam do kajuty, siadlam na lozku i ... obudzilam sie przed 16. ekhem...
wyszlam na poklad, a tu, lejdis end dzentelmen, slonce na calego. jestesmy juz w kanadzie. woda niebiesciutka, wszystko sie mieni, w vancouver ponoc 30 stopni. no ladne kwiatki. chwila nieuwagi i trzeba zamienic trzy bluzki, polar, goretex, dlugie spodnie i cieple buty na koszulke, krotkie spodenki i sandaly. zjadlam obiad wlasciwy, wypilam kawe, wrocilam do kajuty, wzielam wlasnie 'poranny' prysznic i wracam na gore. lekki wiatr, slonce, woda - czego chciec wiecej. mam pod pacha atlas drogowy national geographic, co oznaczac moze tylko jedno - planowanie podrozy przez piec stanow, ktora uskutecznie juz za dni pare. washington-idaho-montana-wyoming-oregon-washington. moj wielki mozg podpowiada mi, ze bedzie z tego calkiem fajna przygoda.
ps. jesli czyta te moje wypociny ktokolwiek z banku pekao, bardzo prosze o odblokowanie mojej karty kredytowej. wiem, ze zapomnialam zglosic, ze bede jej uzywac w stanach i kanadzie i milo mi, ze ze wzgledow bezpieczenstwanie pozwalacie mi jej uzyc, ale, na litosc, to zdecydowanie JA!!!!
ps.2. na wypadek, gdybym juz dzis nie pisala - jutro rano ok.8 powinnam stac juz na brzegu, w vancouver, a wieczorowa pora byc z powrotem w seattle.

godz. 23.34
nawdychalam sie swiezego, kanadyjskiego, morskiego powietrza, przeczytalam spory kawalek 'into the wild', przebieglam 2km, uzupelnilam zawartosc odtwarzacza mp3 o alaskowe sentymentalne gnioty, rozpisalam plan podrozy nastepnej, obejrzalam kawalek pozegnalnego szou (rzadko sie to zdarza, ale usmialam sie na wystepie komika! - david naster) i prawie sie spakowalam. jutro ok.7.30 schodze ze statku.
dziwna sprawa, taki rejs (tego typu rejs, znaczy sie; nie mam nic przeciwko plywaniu jako plywaniu, ale nie w takim stylu) - naprawde nie moja para kaloszy, ale milo bylo sprobowac.
a teraz czas na kolejny kawalek swiata...
ps. wlasnie dostalam maila od cioci - moje opisy blogowe zainspirowaly ja do podrozy - juz w lipcu rusza na alaske! ha!

piątek, 27 czerwca 2008

w strugach deszczu

godz. nie mam pojecia, ktora - chyba jakos po 14tej
za oknem deszcz - leje, leje i przestac nie chce. jako ze leje, jest tez mgla i choc jestesmy wciaz na alasce (od wczoraj do niedzieli rano non-stop na wodzie), nic juz nie widac. nie moglam sie dzisiaj zwlec z lozka - smutek i nostalgia. wcale, a wcale mi sie to nie podoba, ze juz stad odplywam. wlaczylam sobie, lezac w lozku, okno (nie mam prawdziwego okna, ale w telewizorze jest program, na ktorym pokazany jest widok z mostka kapitanskiego - moj kontakt z rzeczywistoscia:)) i chyba, szczerze mowiac, znow sie poloze. nie dosc, ze pada to jeszcze calkiem buja - chodze przez to jak pijana i troche mnie juz zaczyna mdlic (to tez wina jedzenia, ktore jest coraz bardziej niedobre, nieswieze i przesolone). najlepiej byloby zasnac na dwa dni i obudzic sie w niedziele w vancouver. albo poprostu stad nie wyjezdzac.
ps. apdejt sytuacyjny: godz. 18.03, kryzys zazegnany. przestalo bujac (a bujalo solidnie!). przelezalam dwie godziny w lozku i jestem znow wsrod zywych. postanowilam tez przestac jesc - chyba lepiej sie troche przeglodzic, niz umrzec z zatrucia. pogoda za burta wciaz kiepska, choc juz nie ulewnie. siedze na szostym deku, obrabiam swoja najnowsza produkcje filmowa o alasce i przez porecz ogladam tlumy poprzebierane w suknie balowe (glownie szaty indyjskie - niebywaly to stroj na wakacjach alaskowych...). zdjecia, zdjecia, zdjecia. statek wie, jak wyciagnac od ludzi pieniadze.
na oslode - zachod slonca na alasce (jesli sie wczyta).

litosci...

godz. 22.05
kolejny kryzys zazegnany, ale tylko i wylacznie dzieki lezeniu i aviomarinowi. po chwily ciszy statek znow zaczal sie kolysac, a kolysanie przerodzilo sie w bujanie na calego - z lewej na prawa, z gory na dol. promenada oficjalnie zamknieta z uwagi na silny wiatr i zacinajacy deszcz, statek usichl - chyba wszyscy zalegli w lozkach czy innych ubikacjach - witamy na morzu.
znow na szczescie sie uspokoilo i mam nadzieje, ze tak juz zostanie.
porozmawialam sobie przed chwila z pania, ktora sprzata moja kajute (przemila pani, pamieta, jak mam na imie, dzwoni, pyta, czy wszystko ok - uroczo), skonczylam film o alasce, a teraz chyba skocze na ostatni dek po sucha bulke.
si ju lejter