piątek, 21 marca 2008

amelia bronislawa

ETENSZYN!!! 20.03.08 o godz. 2.35 przyszla w anglii na swiat amelia bronislawa kelly, pociecha gosi (znanej wiekszosci z nas jako 'pani z biblioteki') oraz dereka.
jestem w siodmym niebie z radosci, ze wszystko zdrowo sie odbylo, a jak szczesliwi sa rodzice, mozna sobie wyobrazic!
w kazdym razie ciotka wariatka przesyla amelce na swoim blogu najgoretsze ucalowania!!!!

jest godz. 21.20, jestem w opolu. slucham intensywnie oktetu g.enescu, bawie sie aparatem typu polaroid - nowa zabawka, koncze porzadki w pokoju i ucze sie grac na ludowej fujarce. mysle, ze jestem juz mistrzem w wykonywaniu 'oh, susanna'. wybor repertuaru przypadkowy...
popoludniu z pomoca kochanego arbuza usilowalam dokonac zakupu gitary. skonczylo sie na tym, ze zakochalam sie w gitarze, ktora byla mniej wiecej trzy razy drozsza niz planowalam, ale za to przepiekna w wygladzie. nie kupilam w zwiazku z tym nic. baba na zakupach.
jesli ktos wie, gdzie moge TANIO kupic gitare rodriguez C3, prosze krzyczec!!!
a ja tymczasem oddalam sie w kierunku kuchni w celu pokrojenia bakalii do paschy.

czwartek, 20 marca 2008

tajm tu muw on

godz. 10.14
jestem na lotnisku stansted od prawie dwoch godzin, a na nogach od godzin prawie siedmiu. o 7.30 przylecialam z glasgow, o 12.50 odlatuje do katowic. pije kawe, jem pestki dyni i mam nadzieje dozyc wieczora.
wczoraj wieczorem koncertem w dundee zakonczylismy kolejna trase po szkocji z zespolem kameralnym 'the scottish ensemble'. gralam z nimi nie po raz pierwszy, ale ta trasa byla naprawde wyjatkowa.
w ciagu ostatnich dni zostalam mianowana 'nawigatorem', w zwiazku z czym siedzialam na przednim siedzeniu dla pilota, obliczalam kilometraz, czasy miedzy postojami, a co najwazniejsze, sluchalam cudownych opowiesci stewarta, ktory jak juz mowilam, wie wszystko o wszystkim. mam juz blade pojecie, gdzie i kiedy mialy miejsce najwazniejsze szkockie bitwy, zobaczylam zamek w stirling, pomnik williama wallace'a (nieoficjalnie nazywany pomnikiem mela gibsona), mnostwo starych kosciolow, cmentarzy, owiec pofarbowanych na kolory wszelakie i stada koni w plaszczach przeciwdeszczowych, ktore kazdorazowo wywolywaly i wywoluja u mnie atak smiechu.
w inverness calkiem przypadkiem wysluchalam wieczornego koncertu lokalnej 'piwnicznej' grupy jazzowej - nazwy dokladnej nie pamietam, bo za dluga, ale miala w sobie 'ness' i 'kings' - ktora to, jak dowiedzialam sie od lokalnych sluchaczy, gra w tej samej piwnicy baru 'glen mohr' co wtorek od.... uwaga.... 1970 roku!!! niesamowite. co jeszcze lepsze, publicznosc chyba tez sie nie zmienila - srednia wieku w lokalu wynosila mniej wiecej 90 lat.
rowniez w inverness nabylam droga kupna 'wooden whistle', czyli drewniany gwizdek, a dokladniej rzecz ujmujac -fujarke, na ktorej mam zamiar nauczyc sie grac jak najszybciej. znalazlam tez uroczy sklep z plytami lokalnych artystow i powiekszylam swoja kolekcje plyt z muzyka celtycka, szkocka i piosenkami w gaelic o pare nowych pozycji. musialam dzisiaj usiasc na walizce, zeby dala sie laskawie zapiac.
nie udalo mi sie, niestety, zobaczyc potwora z loch ness z powodu marnej nocy (dusznosci) i braku w zwiazku z tym sil na wczesna wyprawe, ale co sie odwlecze, to nie uciecze.
w ramach dodatkowych atrakcji zapoznalismy sie w trakcie pobytu w stirling z druga czescia fenomenalnego filmu 'szczeki' z wybitnie plastikowym rekinem w roli glownej, a takze, majac w rekach instrumenty, dorobilismy na zywo sciezke dzwiekowa. az dziw, ze to jakze wielkie wydarzenie artystyczne nie zostalo opisane w lokalnej prasie...
co jednak najwazniejsze w tym tygodniu, to osoba edgara meyera. edgar, to bezapelacyjnie najlepszy muzyk, z jakim kiedykolwiek pracowalam,a przy tym niesamowicie cieply i otwarty czlowiek. zdazylismy sie przez te pare dni bardzo polubic, przegadalam z nim niejeden wieczor i jestem naladowana energia na najblizszych 150 lat, jak sadze.
cudowny tydzien.
czas jednak na powrot do 'rzeczywistosci' (ktora wcale nie jest gorsza, a poprostu bardziej...rzeczywista...?...). koniec takich wyjazdow ma w sobie cos smutnego. wspolne tworzenie muzyki jest czyms niezwyklym i rozumiem, dlaczego niektorzy ludzie nie radza sobie i popadaja w alkoholizm czy inne uzaleznienia. nie, zeby mi to grozilo, ale rozumiem ten rodzaj pustki, ktora czasem sie pojawia, kiedy konczy sie jakis wyjatkowy projekt.

no dobrze, dosc bredzenia. do odlotu zostalo dokladnie 117 minut. kupilam przed chwila autobiografie johnny'ego cash i pierwsza serie 'przystanku alaska' na dvd z okazji lotniskowej wyprzedazy. czas tez chyba na kolejna kawe. odmeldowuje sie poslusznie.

poniedziałek, 17 marca 2008

spaleni sloncem...

... no moze nie do konca spaleni, ale slonce swieci od wczoraj i jest przez to PIEKNIE!!!!
jest godz. 11.46.
o 12.30 odjezdzamy do aberdeen, skad jutro przemieszczamy sie do inverness (highlands), a pojutrze do dundee.
koncerty udane, publicznosc szaleje.
nasz kochany nadworny kierowca, Stuart przechodzi sam siebie, piekac dla nas prawie codziennie ciastka i inne slodycze (dostalam juz przepis na 'grandpa campbell's famous tablets'),
a dodatkowo opowiada o wszystkim, co dzieje sie za oknem. stuart przez lata cale jezdzil po szkocji jako przewodnik, wiec wie wszystko o wszystkim (nie wykluczajac szczegolow istotnych, jak np. rondo w drodze z glasgow do stirling, ktore ze wzgledu na swoj ksztalt otrzymalo urocza nieoficjalna nazwe ronda 'dolly parton').
jako ze siedze na przednim siedzeniu, a czesto wrecz kolo stuarta, jako ze bardzo sie lubimy (stuart jest nieco starszy ode mnie - ma lekko ponad 70 lat...), moja wiedza o szkocji powiekszyla sie z 'nothing' do 'something'.
wczorajsza wieczorna podroz powrotna przegadalam natomiast z edgarem - cudowny czas.
zrobilo sie troche pozno - musze sie ewakuowac.
na dworze slonce, w glowie miliard melodii roznych, ktore probuje spisywac - moze powstanie z tego pare ladnych sentymentalnych gniotow.

sobota, 15 marca 2008

szkockiej walki ciag dalszy

godz. 13.56
za pol godziny wyjezdzamy na nastepny koncert - dzisiaj w perth.
dwa dni temu gralismy w glasgow - koncert niezbyt udany z powodu nowego (tymczasowego) koncertmistrza, ktory kompletnie sie zagubil, mylil wejscia, klanial sie nie wtedy, co trzeba, a co najgorsze - takie dawal znaki, ze pierwszy utwor musielismy zaczynac dwa razy z powodu zbaranienia wszystkich czlonkow zespolu. to sie nazywa talent do prowadzenia grupy.
wczorajszy koncert w edynburgu o wiele lepszy - wszyscy dali koncertmistrzowi ( jest mniej wiecej dwa raz starszy ode mnie.... ) lekcje, co nalezy robic kiedy (absurd!!!), wiec nie moglo byc gorzej niz w glasgow.
jesli chodzi o edgara, jesli niesamowity. gra przepieknie, a do tego jest naprawde 'czlowiekiem' - bardzo mily to tydzien.
ja wciaz walcze z przeziebieniem. temperatura spadla na szczescie i jestem juz w stanie grac na stojaco, ale nie jest to wcale sytuacja idealna - granie z potwornym katarem wiaze sie z zerowa niemalze slyszalnoscia, a rowniez koniecznoscia schodzenia ze sceny co rusz w celu wytarcia nosa i napicia sie wody. zycie muzyka uslane jest rozami.

środa, 12 marca 2008

miszung informacyjny

godz. 18.21
za oknem pogoda w szkocka krate - raz deszcz, raz slonce, ale ogolnie zimno i raczej burawo.
od wczoraj walcze z dziwacznym wirusem. zemdlalam o maly wlos w metrze, wracajac z proby, a pozniej walczylam z dosc solidnymi dreszczami, ktore przerodzily sie w temperature.
dzisiaj na szczescie jest troche lepiej. powinnam zyc.
jutro pierwszy koncert w ramach tournee z edgarem meyerem.
edgar jest niesamowity. pan okolo czterdziestki, w za krotkich spodniach i kompletnie zdartych butach, ktore z koloru ciemnobrazowego zmienily sie w zolte. bardzo smieszny i niesmialy - za kazdym razem, kiedy sie usmiechne, chowa sie za kontrabasem:)
gra cudownie, jak przystalo na giganta kontrabasu, ale nie ma przy tym w sobie ani krzty gwiazdora. jak widac, da sie byc wielkim i skromnym.
jutro w kazdym razie pierwszy koncert.
dzisiaj natomiast dostalam maila z orkiestry, ktora rzucilam w lutym i wyglada na to, ze popracuje z nimi jeszcze troche w maju i czerwcu, jesli koncerty zostana potwierdzone przez organizatorow. jesli tak, spedze jeszcze pare dni w londynie, a poza tym odwiedze madryt, moskwe, wilno, santander, LODZ i pare innych miejsc. podrozy nigdy za wiele.
poki co jednak ide jesc - pat, u ktorej przy kazdej wizycie w glasgow wynajmuje pokoj gotuje dzisiaj dla nas obiad. nawiazala sie juz miedzy nami swego rodzaju przyjazn.

poniedziałek, 10 marca 2008

pozegnanie z synt

godz. 14.30
za pare godzin opuszczam synt endrius i wracam autobusem do glasgow, gdzie jutro zaczynam proby do kolejnej trasy ze scottish ensemble i mistrzem kontrabasu, edgarem meyerem.
za oknem buro i deszczowo, ale pomimo to wybieram sie na krotki spacer nad morze w celu obfotografowania moich ulubionych lodzi w okolicach ruin katedry.
jesli chodzi o dzisiejszy wschod slonca - WSTALAM!!! - i polozylam sie piec minut pozniej - bylo tak jak teraz, buro i deszczowo, wiec z ladnego wschodu nici...
nie wstalam dzisiaj w zwiazku z pogoda zbyt wczesnie, ale i tak zdazylam upiec z marta ciasto jablkowo-rabarbarowe z przepisu kuronia, a takze zapoznac sie z wybitnymi(!) teledyskami do piosenek davida hasselhoffa. polecam w szczegolnosci piosenke 'hooked on a feeling'.
przez najblizszych pare dni bede (dla odmiany) w podrozy. wyglada to tak:
10-13.o3 - glasgow
14.03 - edinburgh
15.03 - perth
16.03 - stirling
17.03 - aberdeen
18.03 - inverness
19.03 - dundee

ps. dla uspokojenia dodam, ze oprocz zapoznawiania sie z perelkami typu hasselhoff czy rutowicz slucham aktualnie nalogowo jaromira nohavicy, edith piaf oraz rozmaitych wytworow szkockich.

niedziela, 9 marca 2008

marija w krainie czaruf

godz. 20.13
zabieramy sie wlasnie za jedzenie lodow i ogladanie 'la vie en rose' na dvd.
kompletne lenistwo. o godz.14.20 bylismy w synt endriusowym kinie na 'juno'.
na wschod slonca oczywiscie nie wstalam. starczylo mi sil na obudzenie sie, ale nic wiecej. jutro drugie podejscie.

statywem w szkockiego melomana

zgodnie z obietnica ubarwilam poprzednie wpisy paroma fotografiami.
jestesmy juz z powrotem w domu. koncert zespolu 'breabach' cudowny. szkocki folk. po koncercie zakupilam plyte, zdobylam autografy wszystkich czlonkow zespolu, porozmawialam chwileczke.
mowiac szczerze, szkocja jest miejscem idealnym. przemili ludzie, czyste powietrze, przepiekne widoki, dobre jedzenie i co najwazniejsze ogolno pojety spokoj i wolniej plynacy czas.
jutro rano planuje o 6.44 obejrzec wschod slonca nad brzegiem morza - chocby dlatego, ze MarJan nie wierzy w moje wstanie o tej porze. wyzwanie!!! :)
zalaczam zdjecie 'breabah' zrobione na moment przez oslepieniem mnie przez bileterke latarka. jak sie okazalo, nie wolno bylo robic zdjec. zdazylam jednak nie dosc, ze zrobic zdjecie, to jeszcze wbic statyw w ramie siedzadzego przede mna szkota. jak cos robic, to z gracja.


ps. wlasnie przedstawiona zostala mi dzieki internetowi osoba joli rutowicz i gosi andrzejewicz.
powiem tyle - RANY BOSKIE...

sobota, 8 marca 2008

hrabina w synt

godz. 16.41 czasu szkockiego
w piekarniku podgrzewa sie kippers i haddock z arbroth, za oknem piekne slonce, w aparacie pare zdjec z krainy teczy. jestem od dwoch dni z wizyta u kochanego MarJana i koparki, czyli Marty, Jasia i Emila Scotta, ktory zawita na ten swiat z koncem maja.
jest mi cudnie i wspomnieniowo. jak zwykle kupa smiechu i zabaw wszelakich, przy dzwiekach sentymentalnych gniotow z domieszka country, ktorych wszyscy jestesmy wielbicielami.
wczoraj wieczorem zaliczylysmy z marta pierwsze przyjecie 'baby showers' - dziwne amerykanskie obrzedy. zwienczeniem wieczoru bylo wymazanie przez nas twarzy czekolada i owsem. na boze szczescie moja twarz jest wciaz w tym samym miejscu - nic nie odpadlo.
dzisiaj wybieramy sie na koncert 'breabach' -folkowej grupy szkockiej, a przed chwila zaliczylismy spacer nad morze. smierdze cala ryba, mam wypieki na twarzy, spie ogolnie jak dziecko - czego chciec wiecej.... :)
zdjecia z paryza oraz synt endrius zalacze niebawem. byc moze dzis.

czwartek, 6 marca 2008

apdejt sytuacyjny

niekonczace sie podroze hrabiny.

30.01 - 2.02 - opole
2.02 - 4.02 - londyn
4.02 - 14.o2 - trasa koncertowa, szkocja
14.02 - 23.02 - londyn
23.02 - 1.03 - opole
1.03 - 3.03 - londyn
4.03 - paryz
5.03 - 6.03 - londyn
6.03 - 10.03 - st andrews, szkocja
11.03 - 20.03 - trasa koncertowa, szkocja

jestem wlasnie na lotnisku. zdazylam juz dzisiaj zalatwic milion spraw, zagrac tez o 13 koncert z moim 'le pianist', zaraz lece do glasgow, a stamtad sprobuje dwoma autobusami przedostac sie do st andrews. jesli wszystko pojdzie zgodnie z planem, na miejscu bede ok. polnocy i tradycyjnie juz zawyje nad klifem.
nie mam ze soba komputera, co utrudnia pisanie na tej stronie, ale opisuje zdarzenia na biezaco w moim brazowym notatniku i obiecuje przeniesc wszystko tutaj jak tylko nadarzy sie okazja.

środa, 5 marca 2008

paris paris

godz. 21.13 czasu lokalnego
siedze w pociagu 'eurostar' relacji paryz-londyn. wlasnie ruszylismy. popijam cafe de noisette, jedzac tortellette rhubarbe. nie czuje nog, ktorych nie mam nawet jak rozprostowac z uwagi na tlok w pociagu. za oknem migaja ostatnie swiatla paryza i tak oto konczy sie ten wariacki dzien.
nie udalo mi sie zrealizowac planu zjedzenia porzadnego francuskiego ratatouille (kto by pomyslal, ze nie ma go w menu francuskich restauracji...), ale nic straconego. dobry to powod, zeby jeszcze tu kiedys wrocic.
dzien rozpoczal sie dosc wczesnie, bo o 3.20 rano. zmusilam sie do wstania pomimo wielkiej checi zostania w lozku przez chocby pare godzin dluzej (zasnelam ok.0.15...). wzielam prysznic, zjadlam sniadanie (moze to za duzo powiedziane, bo zjadlam poprostu banana, sztuk jeden), sprzatnelam pokoj i o godzinie 4.30 wsiadlam w taksowke, czekajaca na mnie przed domem przy ulicy st georges avenue, gdzie aktualnie zatrzymuje sie dzieki zyczliwosci towarzyszki natalii.
znajac swoje mozliwosci wsiadania w londynie nie w te autobusy co potrzeba (jadace dodatkowo w przeciwnym do zamierzonego kierunku) postanowilam skorzystac z uslug taksowkarzy, dzieki czemu znalazlam sie szybko i bezbolesnie na dworcu kings cross st pancras, gdzie umowiona bylam z kaoru, ktora postanowila przylaczyc sie do mojej wyprawy. po szybkiej odprawie zajelysmy miejsca w pociagu i o godzinie 5.25 ruszylysmy w kierunku miasta edith piaf w krainie smierdzacych serow.
nie wiem dlaczego, ale zawsze, kiedy wstane ok.3 nad ranem zaczyna mi sie wydawac, ze nie jest to wcale takie strasznie ani masochistyczne. ok.4 rano nastepuje niczym nie uwarunkowany przyplyw energii - mam ochote objechac dookola kule ziemska, po czym ok.5 rano zaliczam kompletny zgon. zrobil sie juz z tego w zasadzie zwyczaj. przez pierwszych 20 minut podrozy chojraczylam jak zwykle, tkwiac po uszy w mapach, przewodnikach i innych ulotkach, rozrysowalam strategie podbicia paryza, zaznajomilam sie z mapa metra, wyslalam pare smsow, po czym... padlam jak kawka i obudzilam sie o godz. 8.40 w paryzu. pozbieralam rzeczy,wysiadlam, skorzystalam z dworcowej toalety, kupilam bilet dobowy na srodki transposrtu miejskiego i razem z kaoru wyszlam na ulice. jako ze z dworca polnocnego (gare du nord) blisko jest na montmartre, postanowilysmy rozpoczac dzien wizyta w sacre coeur. dobry pomysl. okolice wolne jeszcze od turystow - uliczki prawie puste, ulicznych sprzedawcow kiczu niemalze zero. raj. wspielysmy sie na szczyt wzgorza, obfotografowalysmy okolice, zwiedzilysmy sacre coeur, ja pomachalam z daleka wiezy eiffela, po czym zeszlysmy na dol w celu zjedzenia sniadania. o godz. 10.10 w post cafe przy 70 bld de rachechouart wypilam cafe noisette i zjadlam tartine (chlebo-bagietka) z maslem i konfitura truskawkowa. proste i pyszne.
ze stacji metra anvers, znajdujacej sie obok post cafe linia nr 2 przejechalysmy do belleville, a stamtad linia nr 11 do rambuteau. stacja rambuteau = centre pompidou.
pare zdjec, wspomnienia z wizyty w paruzy z mama (jakies 50 lat temu - nosilam wtedy zielolny kapelusik i koszulke z jaskiniowcem...!!!) i w droge. spacer w kierunku musee picasso.
o muzeum mesje picasso myslalam juz od bardzo dawna, wiec mozna sie domyslic jak wielka byla moja radosc, kiedy po dotarciu na miejsce (po drodze zaliczylysmy pierwszy atak ulewy) okazalo sie, ze muzeum we wtorki jest zamkniete. to sie nazywa szczescie...
nastepnych 40 minut spedzilysmy na szukaniu sklepu 'mariage' z herbata, w ktorym kaoru koniecznie chciala zrobic zakupy. wszystko byloby pieknie, gdyby nie to, ze jej japonska mapa nie posiadala, poza milionem dziwnych kresem, zadnych informacji na temat nazw ulic, co znacznie utrudnialo orientacje w terenie. nie mowiac o tym, ze kaoru nie umie kompletnie czytac map, co, jak twierdzi, jest cecha narodowa japonczykow. w zwiazku z zaistniala sytuacja przeszlam ekspresowy i dosc intensywny kurs jezyka japonskiego i metoda prob i bledow udalo mi sie sklep 'mariage' namierzyc (rue du bourg tibourg). herbaciarnia to znana, stara i ... droga. droga niemilosiernie. kaoru wykupila polowe sklepu, ja zadowolilam sie zapachami.
po tak milym wstepie nalezalo przystapic do konkretow. przekroczylysmy rzeke i wylonila sie przed nami w pelnej okazalosci katedra notre dame. 'na zachodzie bez zmian' zamieniam na 'w paryzu bez zmian'. wszystko stoi tak, jak stalo, jak to mniej wiecej pamietam i niech tak bedzie. niech sie nie zmienia.
[apdejt sytuacyjny -zaczynam miec watpliwosci, czy dzisiejsza podroz bedzie miec hepi end. na przeciwko mnie siedzi pani. wiek - ok.40 lat. stopien znerwicowania - skrajny. sytuacja dosc niewygodna, jako ze pani patrzy sie na mnie nieustannie dosc tepym wzrokiem, a co gorsze - ciamka. od poczatku podrozy nie oderwala sie jeszcze od zawartosci reklamowki, ktora kurczowo sciska, a sadzac po rozmiarze reklamowki nie oderwie sie od niej jeszcze przynajmniej przez miesiac. tak wiec ciamka. ciamka okrutnie, bezlitosnie i tak glosno, ze nie pomoglo nawet wlozenie przez mnie sluchawek do uszu. trzeba byc tolerancyjnym, ale staje sie to tak meczace, ze najprawdopodobniej wyladuje w kryminale za poturbowanie tej pani papierowym kubkiem do kawy.]
wracajac do paryza.
notre dame obeszlysmy i z zewnatrz i w srodku, zeszlysmy z wyspy i idac na poludnie rozpoczelysmy, a raczej ja rozpoczelam poszukiwania domu nr 9 przy rue le goff. powod? za czasow studenckich mieszkala pod tym adresem moja jedyna i niepowtarzalna mama, spedzajac w paryzu pare miesiecy. po paru chwilach pieknego slonca nadszedl czas na snieg, a pozniej kolejny atak deszczu. nie przeszkodzilo mi to jednak w niczym i po bardzo sprawnych manewrach znalazlysmy sie przed niebieskimi drzwiami kamienicy nr 9. widok wzruszajacy z uwagi na okolicznosci.
[apdejt sytuacyjny: moje modly zostaly wysluchane. najbardziej znerwicowana kobieta swiata po rzuceniu swoim plecakiem o ziemie oraz wyrznieciu glowa w drzwi, ktore nie zdazyly sie przed nia otworzyc udala sie wlasnie na kolejny spacer po pociagu.]
z rue le goff spacerkiem po boulevard st michel przemiescilysmy sie, przechodzac obok sorbony i pantheonu w kierunku st germain des-pres.
[apdejt sytuacyjny: wrocila, olaboga, z kolejna butelka wina w rece. jestem prawie pewna, ze zaraz uslyszymy arie krolowej nocy.]
jako ze milo jest od czasu do czasu cos zjesc (zwlaszcza, jesli nie jest sie juz w stanie isc z glodu...), po dlugim zapoznawaniu sie z oferta mijanych restauracji wypatrzylam przy rue de seine malenka restauracyjke o magicznej nazwie 'FISH' i tam tez usiadlysmy. wybor znakomity.
w ramach oferty specjalnej obiadowej zjadlam za grosze przystawke w postaci rukoli z pomidorami i anchovis oraz danie glowne - penne ze swiezutko duszonymi pieczarkami i jeszcze swiezszym grillowanym tunczykiem. pycha.
nie wiem, od czego to zalezy - moze poprostu od francuskiej kultury jedzenia, ale jesli w przypadkowo znalezionej malenkiej restauracji mozna zjesc tak dobre rzeczy za tak male pieniadze, musi to byc mile miejsce do zycia. nie mowiac juz o tym, ze zamiast koszmaru sandwiczy w krainie kanapek (czyt. anglii) w paryzu uroczo egzystuje miliard kafejek, w ktorych mozna zjesc rownie szybko jak w londynie, ale za to o ile przyjemniej i po ludzku.
zaraz po wyjsciu z restauracji udalo mi sie zrealizowac plan dnia - zakupilam dla siebie (w ramach postanowienia noworocznego, ze podszkole sie w kuchni) fartuch kuchenny. jako ze w anglii (naprawde nie nastawiam sie, a trzezwo oceniam sytuacje) nie ma, moim zdaniem, zbyt wielkiej tradycji gotowania, dostanie ladnego fartucha graniczy z cudem. w paryskim pierwszym napotkanym sklepie znalazlam natomiast taki wybor, ze szukanie dalsze nie mialo racji bytu. z usmiechem na twarzy, kolorowym fartuchem w rece i pustym portfelem udalam sie z kaoru na polnoc. kierunek - louvre.

zdazylysmy sie przyzwyczaic do dosc niskich temperatur, kompletnie nie przewidywalnych opadow sniegu, gradu i deszczu oraz silniejszego wiatru, tak wiec dno meteorologiczne w okolicach luwru nas nie zaskoczylo. z uwagi na ograniczona ilosc czasu obejrzalysmy muzeum jedyne 'z wierzchu'. przechodzac pozniej przez jardin du carrousel, jardin des tuileries i mijajac po drodze place de la concorde, grand palace i petit palace dotarlysmy pod luk triumfalny. na champs-elysees ludzi sporo -z uwagi na moja alergie na dzikie tlumy zniknelysmy stamtad dosc szybko (pomimo zaczynajacego o sobie dawac znac bolu naszych starganych sniegiem i deszczem nog), wchodzac w podziemia paryskie. powod - metro. cel - wieza eiffel'a.
przystanek bir-hakeim, na ktorym mialysmy wysiasc jest aktualnie w remoncie, tak wiec wysiadlysmy wczesniej, na przystanku 'passy'. dobra decyzja. przynajmniej wg mnie (kaoru ledwie powloczyla juz nogami). zaraz po wyjsciu ze stacji skrecilysmy na most i roztoczyl sie przed nami obledny nadrzeczny widok wiezy eiffel'a. zrobilam okolo miliarda zdjec i przesuwajac sie bardzo powoli doszlam do podstawy tej metalowej, slynnej na caly swiat konstrukcji.
dokladnie w momencie, kiedy probowalam zrobic zdjecie wiezy od dolu zerwal sie potworny deszcz i wiatr. uroki zwiedzania. ucieklam pod mniej wiecej 5-milimetrowy daszek kiosku z biletami, odczekalam dwie minut i ruszylam z kaoru w strone stacji 'iena', skad pociagiem podjechalysmy w okolice slynnej olimpii (stacja madeleine). o slynnej olimpii wiem tyle, ze odbywaja sie tam koncerty i ze za dawnych lat spiewala tam edith piaf. to sie nazywa ogrom wiedzy. stamtad w kazdym razie przespacerowalysmy sie do opery i po zrobieniu paru zdjec kaoru zarzadzila wycieczke do galerii lafayette. nie jestem fanka zakupow, a juz na pewno nie w 'ekspensywnych' (to slowo uslyszalam kiedys na ulicy w ust londynskiej polki) centrach handlowych, ale dalam sie skusic. galeria lafayette zajmuje chyba polowe paryza, ale my udalysmy sie od razu do czesci spozywczej. sklep jak marzenie. jedzenie z calego swiata. wszystko odpowiednio drogie, ale za to jakie zapachy! nabylam droga kupna ser typu smierdziel- 'pont leveque' oraz moj ukochany pecorino. do tego sery z figami i orzechami, z ziolami, orzechami, pieprzem - do wyboru, do koloru. do przegryzienia swiezo upieczona bagietka, na deser creme caramel i truskawki wielkosci kalafiora -zyc, nie umierac!
jesli chodzi o kaoru - wykupila ponownie pol sklepu i ledwie doszla dzieki temu na dworzec.
ja natomiast doszlam ponownie do tego samego wniosku - robienie zakupow na swiecie przestaje byc frajda. wszystko mozna dostac wszedzie. przywoze z londynu japonska zupe miso, ktora moge dostac w realu w opolu. wioze ze stanow moje ulubione maslo orzechowe 'skippy', ktore, jak sie okazuje moge kupic w byle sklepie w londynie. z jednej strony milo, ze mozna znalezc odrobine 'swojego swiata' w roznych miejscach, a z drugiej zal, bo zatraca sie tesknota za czyms, co niedostepne nigdzie indziej.
jako ze po zakupach zrobilo sie pozno - 19.30 - trzeba bylo zbierac sie na dworze. trzeba bylo.
we mnie jednak, jak zwykle, odezwala sie juz po raz miliard pierwszy tego dnia dusza podroznika i postanowilam biegiem udac sie na plac pigalle w celu zakupienia pieczonych kasztanow. jak mi sie akurat wydalo - podroz bez zjedzenia kasztanow bylaby niekompletna.
zostawilam po drodze kaoru, ktora wciaz walczyla z reklamowkami i oddalilam sie z mapa w reku. wieczor, tlumy na ulicach, kawalek drogi do przejscia. wszystko byloby pieknie, gdyby nie to, ze trzymalam mape do gory nogami i wyladowalam w miejscu ladnym, ale kompletnie nie tym, co trzeba. starosc jak widac potrafi byc okrutna - nie dosc, ze siwieje, to jeszcze moj mozg drastycznie sie kurczy. ostatnie rozpaczliwe proby i sytuacja stala sie jasna - z kasztanow nici, a jesli sie nie pospiesze, beda rowniez nici z pociagu do londynu (to akurat nie byloby smutne). dobieglam do stacji 'opera', podjechalam pociagiem do gare de l'est i zeby wykorzystac ostatnia szanse na zabladzenie w paryzu postanowilam na dworze gare du nord przejsc na nogach. o godzinie 20.30 zjawilam sie na dworcu, skorzystalam z toalety, kupilam znaczki i pognalam na pierwsze pietro, gdzie przy okienku odprawowym czekala na mnie juz lekko zaniepokojona kaoru. odprawa szybka, a przed wejsciem do pociagu ostatni zakup w postaci kawy i ciastka. wszystko ma swoj koniec...
nie moge narzekac na brak zmian miejsca, ale musze czesciej wyjezdzac w celach wylacznie podrozniczych. wyjazdy zawodowe maja te niezwykla ceche, ze jezdzi sie w piekne miejsca, ale nie ma sie czasu ich zwiedzic.
podsumowujac - mily byl to dzien i oby takich jak najwiecej.
orewuar

ps. osobom, ktore twierdza, ze na podroze potrzebne sa miliony, polecam sledzenie stron tanich linii lotniczych, autobusowych, kolejowych, a takze wgryzanie sie lokalne oferty wymarzonych miejsc. pare zupek w proszku do plecaka, butelka wody, male kieszonkowe na ewentualna pocztowke i w droge!

poniedziałek, 4 lutego 2008

pobyt w hamerykie w liczbach

godz. 12.14
jestem od okolo dwoch godzin w glasgow i tradycyjnie juz pije kawe w starbucksie przy buchanan street, sluchajac niesmiertelnej elli fitzgerald. coprawda prawie nie zmruzylam dzisiaj oka (solidne problemy z roznica czasu), a za dwie godziny zaczynam proby, ale jak zwykle stwierdzam, ze bardzo lubie tu przyjezdzac.
moj wielki mozg podpowiada mi, ze w okolicy jest sklep apple, poniewaz udalo mi sie zlapac darmowy internet w laptopie. a jaki tego bedzie efekt? moge nareszcie zamiescic obiecany (sobie przede wszystkim) bilans liczbowy ostatniego wyjazdu.
tak wiec podczas miesiaca w usa:
pokonalismy trase ok.12000 mil (ok. 19320 km), z czego autobusem przejechalismy ok. 3891 mil (ok. 6265 km).
nocowalismy w 16 hotelach.
zagralismy 22 koncerty w 21 salach koncertowych.
odwiedzilismy 13 stanow.
samolotem lecielismy 8 razy, a godzin w samolotach spedzilismy ok. 32.
godzin w autobusie spedzilismy natomiast ok. 95.

z polski wrocilam przedwczoraj, spakowalam wszystkie rzeczy i opuscilam na dobre dom na seven disasters. od dzisiaj do 14go lutego jestem w szkocji. zatrzymuje sie juz tradycyjnie w glasgow w dzielnicy west end, a grajac koncerty odwiedze ponownie aberdeeen, inverness, perth, edinburgh i dundee. mam tez nadzieje najesc sie znow burakow pastewnych i haggisa.
na ulicach ktos wlasnie gra na kobzie, ludzie spiesza sie o wiele wolniej niz w londynie, usmiechajac sie. od czasu do czasu pada deszcz (dlaczego mnie to nie dziwi...).
jak ja lubie szkocje....

piątek, 1 lutego 2008

obiecany hepi end

28.01.08, godz. 20.02 czasu kalifornijskiego
siedze w samolocie. ciezko uwierzyc, ale miesieczne tournee dobiega wlasnie konca. usiluje zrobic maly bilans powyjazdowy, ale zabierze to jeszcze, jak sadze, troche czasu. cierpliwosci!wyglada na to, ze mam dosc potezne zaleglosci w opisywaniu zdarzen, ale tak jak obiecalam - pojawi sie uaktualnienie. jakby nie patrzec, wlasnie je pisze. wydaje mi sie, ze ostatnia relacja urwala sie na poczatku wizyty u cioci bo w huntington beach, tak wiec na tym, na czym urwalam, na tym rozpoczne.
25go stycznia obudzilam sie o godz.7 rano, co nie znaczy, ze o tej godzinie wstalam. lezac w lozku sprawdzilam maile, a ciocia podala mi pyszna, goraca kawe do lozka (kompletna rozpusta...:)). wstalam jakis czas pozniej, wzielam prysznic i zjadlysmy sniadanie (nareszcie cos zdrowego - platki z mlekiem i swiezymi owocami; jestem juz, nota bene, fanka kumkwatu, ktorego przemycam, dzieki cioci, w walizce chyba kilogram:)). po sniadaniu i spakowaniu niezbednego ekwipunku (aparat, pieniadze, paszport, woda oraz medykamenta na problemy z oddychaniem) wsiadlysmy do samochodu i przy pieknej pogodzie ruszylysmy w strone miasta aniolow. los angeles. przejechanie autostrada z huntington beach do LA zabiera mniej wiecej 45 minut. jak twierdzi ciocia, rzadko zdarza sie tak piekna pogoda z tak niesamowita ostroscia - downtown LA oraz gory na tylach (lub przodzie - jak kto woli) miasta rysowaly sie w najdrobiejszych szczegolach. widok cudny!
samochod zaparkowalysmy zaraz obok disney hall, niedawno wybudowanej, bardzo wspolczesnie wygladajacej sali koncertowej, siedziby los angeles philharmonic orchestra. wygladalo na to, ze jest to nasz szczesliwy dzien, poniewaz zamkniety normalnie budynek otwarty byl akurat dla turystow - bez zadnych oplat mozna bylo obejrzec wnetrze, ogrod oraz przejsc sie 'arial footpath' i obejrzec budynek jakby z gory.
z disney hall spacerkiem, mijajac po drodze city hall (czyli odpowiednik naszego ratusza) przemiescilysmy sie w strone katedry 'our lady of the angels'. katedra, zaprojektowana przez hiszpana rafaela moeno, ani na zewnatrz ani w srodku nie przypomina zadnej znanej mi dotad katedry. budynek dosc niski i rozlegly, otoczony ogrodem, sciana aniolowi ulica. w srodku - wspolczesne malowidla w stonowanych kolorach, chrzcielnica, organy. nad wejsciem do katedry kroluje rzezba dziewicy maryji (wystepuje ona tu jako patronka wszystkich, ktorzy przychodza sie pomodlic; nabozenstwa odprawiane sa w 42 jezykach!) autorstwa roberta grahama. trafilysmy z ciocia akurat na przygotowania do wystawianego wieczorem oratorium haendla i zwiedzalysmy kosciol przy odglosach piorunow i blyskawic. dosyc interesujace, wyciszac sie przy takim huku. to jak probowac myslec, idac przez londyn.
z katedry wrocilysmy w okolice disney hall, a stamtad udalysmy sie do slynnego biltmore hotel, starego, ekskluzywnego hotelu, w ktorym przed laty odbywaly sie przyjecia przy okazji wreczania oskarow (na scianach wisza czarno-biale fotografie z tamtych lat). ogolnie przecz biorac przepych i burzujstwo, ale w bardzo dobrym guscie.
po wyjsciu z hotelu i przejsciu na druga strone ulicy weszlysmy na stacje 'pershing square', skad pociag linii czerwonej zawiozl nas do hollywood (hollywood/highland). o spokoju i prowatnosci trzeba tam zapomniec w sekunde. zyliony turystow, tryliony straganow z pamiatkami i miliardy poprzebieranych za postacie z filmow osob. jako ze ani ciocia ani ja nie jestesmy masochistkami, szybkim krokiem dotarlysmy pod chinese theater, gdzie zrobilam pare zdjec odciskow stop i rak slaw (marylin monroe, henry fonda, susan sarandon, james stewart, etc.) i tak szybko, jak przyszlysmy, tak szybko stamtad ucieklysmy. wchodzac po schodach w kodak theatre (slynne schody, po ktorych wchodza gwiazdy-rozgwiazdy przy okazji oskarow), mijajac kolejne tryliony japonczykow z aparatami, doszlysmy do miejsca, z ktorego roztaczal sie widok na wzgorza hollywoodu i slynny napis. zrobilam pare zdjec, w california pizza kitchen zjadlysmy pyszne salaty, po czym metrem odjechalysmy z tego filmowego raju w sina dal. no, moze nie w sina dal. wrocilysmy poprostu na stacje 'pershing square' i spacerkiem przeszlysmy do auta, zahaczajac o bardzo urokliwa biblioteke publiczna.
z los angeles, bladzac na jednym skrzyzowaniu trzy razy:), wrocilysmy do huntington beach i zaparkowalysmy zaraz przy plazy. jak ja uwielbiam ocean!
przeszlysmy sie na koniec molo, poogladalysmy zmagania sie surferow z falami (a raczej z brakiem fal), pozazdroscilam rybakom polowu, zeszlysmy z mola, obeszlysmy scisle centrum i znow odjechalysmy w sina dal (czyt. wrocilysmy do domu). spakowalam bagaze (ciocia oddala mi swoja stara walizke - moja duza czerwona wyla juz do ksiezyca z powodu przeciazenia), a alan, bojfrend cioci przygotowal mi w tym czasie rewelacyjnego steka (zjadlam trzy albo cztery - rozpusta...) i grillowana cukinie. wszystkie swieze i pachnace. jakby tego bylo malo, na deser zjadlam muchi (japonski deser - lody zawiniete w ryz) i tort kawowy. mysle, ze przytylam przez ten miesiac przynajmniej tone. z zoladkiem rozciagnietym do rozmiarow conajmniej bieguna polnocnego, z bagaznikiem wypchanym walizkami, torbami i innymi skrzypcami zaraz po obiedzie opuscilismy (ciocia bo, alan i ja) hantinkton bicz, udajac sie w strone costa mesa.


w costa mesa zameldowalam sie w hotelu, zostawilam bambetle, zabralam ze soba ubranie koncertowe i skrzypce (dla odmiany...) i udalam sie na probe. proba krotka, koncert nieco dluzszy. po koncercie krotkie spotkanie z ciocia, pozegnan moc i do hotelu. padlam jak kawka.
nastepnego dnia rano ruszylismy autokarami na lotnisko, skad latajacym metalowym srodkiem transportu, zwanym potocznie samolotem polecielismy do sacramento. pogoda w sacramento sakramencka. deszcz i zimno. sadzac po widokach z okna samolotu, deszcz musial okolicznych mieszkancow meczyc juz od dawna. susza w poludniowej kalifornii zamienila sie w niemalze powodz w polnocnej - zatopione pola, podtopione domy. w krotkiej przerwie miedzy przyjazdem, a wyjazdem na koncert udalysmy sie z elen na obiad i mini zakupy (ktore obrocily sie w maxi zakupy finalne). powrot do hotelu dosc zabawna. nie mogac znalezc taksowki przed centrum handlowym, panikujac z powodu braku czasu pobieglysmy do innego hotelu, gdzie, jak twierdzilam, musza byc jakies taksowki. taksowek nie bylo. prawie wpakowalysmy sie do prywatnego samochodu przez pomylke, az w koncu obsluga hotelu zlitowala sie i zawiozla nas do naszego miejsca zamieszkania. musialysmy wygladac wyjatkowo zabawnie, zeby spowodowac taki atak litosci:) z hotelu prosto na probe i OSTATNI koncert. koncert sie udal, pomimo wyraznego juz zmeczenia wszystkich. po koncercie spotkanie pozegnalne - szampan, wino, przemowy, pozegnanie paru osob, ktore po tym tournee konczyly prace w orkiestrze, pamiatkowe zdjecia. spotkanie pozegnalne, ale nie do konca. po powrocie do hotelu przyjecia tak naprawde sie dopiero zaczely, choc ja dosc szybko dalam za wygrana i poszlam spac.
rano spakowalam walizki, torby, torebki, torebeczki, pojechalam z dziewczynami na ostatnie zakupy (ilez mozna.... - przesiedzialam prawie caly ten czas na dworze), zjadlam sniadanie w starbucksie - kawa, ciasto z cukinii i ciasto dyniowe (powrot do brutalnej rzeczywistosci - koniec z domowym jedzeniem....) i wrocilysmy. dopakowalam rzeczy, wymeldowalam sie z hotelu, usiadlam w autobusie i ruszylismy. ostatnia podroz autokarem. kierunek - san francisco airport. podroz spokojna - zdrzemnelam sie krotko, po czym obejrzalam na dvd 'diggers'. do san francisco wjechalismy chyba mostem bay bridge. nie byl to golden gate, ale i tak widok piekny. szkoda bardzo, ze nie spedzilismy w san francisco ani minuty...
[ciag dalszy nastapi]

31.01.08, godz. 23.56 czasu polskiego
[ciag dalszy]
po trzech godzinach czekania na lotnisku wsiedlismy w koncu do dwupoziomowego samolotu i o godz. 18.30 wzbilismy sie nad amerykanska ziemie. o samym locie wiele napisac nie moge, bo przez wiekszosc czasu albo sie wiercilam albo przysypialam. probowalam tez ogladac filmy - wynudzilam sie okrutnie przy 'szklanej pulapce 4' (musialam zasnac pare ladnych razy, bo na obejrzenie dwugodzinnego filmu potrzebowalam dwa razy tyle czasu), po czym zabralam sie za 'into the wild'. dosc ciekawy film o chlopaku, wedrujacym na alaske (o ironio!). niestety nie udalo mi sie obejrzec do konca. w londynie wyladowalismy ok. 12.30 czasu angielskiego. szybkie sprawdzenie paszportow, odebranie bagazu, pozegnania. wsiadlam w pociag, pozniej w taksowke i ok.14.30 bylam w domu.
nudne zakonczenie ciekawego miesiaca.
podsumowanie? pomimo ciezkiej pracy byl to dobry miesiac. nie bylo moze wakacyjnie i zaluje, ze nie mialam wiecej czasu na wgryzanie sie w charakter odwiedzanych miejsc, ale staralam sie jak moglam i co zobaczylam, to moje. bylo tez wiele premier - lot helikopterem, karmienie delfinow, obserwowanie wielorybow, spacer po indianskich kanionach. moze jeszcze kiedys odwiedze te same miejsca i spojrze na nie spokojniejszym okiem. jedno jest pewne - swiat stal sie jeszcze mniejszy.
przez najblizszych pare miesiecy czeka mnie wiele pracy i wiele zwiazanych z tym wyjazdow. poki co jestem jednak w domu i pomimo wszystkich cudow, ktore kryja sie na wszystkich kontynentach, pomimo tylu miejsc, ktore tak bardzo chce odwiedzic, tu jest mi najlepiej....
do nastepnej podrozy.
orewuar.
ps. wciaz pracuje nad liczbowym bilansem wyjazdu. postaram sie zamiescic jutro. moje mozliwosci matematyczne sa aktualnie jeszcze bardziej ograniczone niz zwykle - blagam o wyrozumialosc!!!


środa, 30 stycznia 2008

hołm, słit hołm

godz. 21.34
jestem w domu. w opolu. na lozku lezy kot, a ja zbieram sie do spania. jestem kompletnie nieprzytomna - 9-godzinna roznica czasu robi swoje.
ze stanow przylecialam do londynu wczoraj, a dzisiaj, w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi wsiadlam w samolot. o 11.30 przylecialam do katowic (przy wchodzeniu do samolotu spotkalam kube jakowicza, ku wielkiemu zaskoczeniu nas oboje), a z katowic pociagiem przyjechalam w rodzime strony. na stolowce w bursie szkol artystycznych zaskoczylam rodzicow i sama sie przy tym ze wzruszenia poplakalam. tego mi bylo trzeba - domu. chocby i tylko na dwa dni. pod wieczor pojechalysmy z mama do korfantowa, gdzie aktualnie na rehabilitacji przebywa babcia. babcia na moj widok prawie dostala zawalu ze szczescia:)
zjedlismy wlasnie pyszna kolacje i mysle, ze czas na mnie. nie spalam od ponad dwoch dni, czuje sie i wygladam jak zombie. kuszaco. opisuje wciaz zdarzenia z ostatnich dni podbijania ziemi amerykanskiej, ale blagam o cierpliwosc. trzeba mi teraz snu. postaram sie zamiescic zalegle bazgroly i wybitne, bure fotografie jutro.
gudnajt.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

farewell, ameryko...

godz. 9.23
jestem w sacramento. o 13 wsiadamy w autokary, ktore zawioza nas do san francisco, skad o 18.30 wylatujemy do londynu.
dwa ostatnie dni opisze w samolocie i opublikuje (jak to dumnie brzmi:)) jak tylko bedzie to mozliwe.
poki co - zegnaj kraino starbucksow, zielonych banknotow i usmiechnietych ludzi.
pomimo trudow pracy spedzilam tutaj cudownie czas.
bede tesknic...

sobota, 26 stycznia 2008

z wizyta u Cioci Bo

godz. 7.23
probowalam wczoraj wieczorem napisac pare slow, ale zasnelam przy komputerze i obudzilam sie przed chwila.
jestem u cioci w huntington beach. wczorajszy pociag zajechal do santa ana z 30-minutowym opoznieniem (nawiazalam przy tej okazji rozmowe z wspolpasazerka, ktora na kazde moje zdanie reagowala stwierdzeniem 'WOW' - interesujace...). na dworcu zostalam przywitana pieknym kwiatem, po czym wsiadlam do samochodu i dojechalysmy na miejsce. Ciocia przygotowala przepyszny obiad (zupa lobsterowa, warzywa gotowane, salata z kumkwatem, pieczone ziemniaki i poledwiczki wieprzowe), deser i szampana(!). zjadlysmy, pogadalysmy i padlysmy obie jak kawki (a przynajmniej ja) ok. godz.22.
leze jeszcze w lozku, obok mnie lezy kot i domaga sie notorycznego glaskania, warczac jak traktor. raj. jak dobrze nie byc w hotelu....
musze sie umyc, zjesc sniadanie i jedziemy na podboj los angeles.

piątek, 25 stycznia 2008

prywatny wieloryb

godz. 15.28
pogoda w san diego bajeczna, a ja, po bardzo udanej polowie dnia, siedze w pietrowym pociagu 'surfliner', ktory zabierze mnie prosto do santa ana. w santa ana odbiera mnie z dworca Ciocia Bo, u ktorej w huntington beach (stolicy surfingu) zostaje do jutra.
wczoraj nie wydarzylo sie w zasadzie nic wybitnego, poza tym, ze przenieslismy sie z santa barbara do san diego. srodek dnia wariacki. wczorajszy koncert polaczony byl z wystepem san diego symphony orchestra. w zwiazku z nadmiarem muzykantow dyrekcja zadecydowala, ze w koncercie wezma udzial tylko etatowi czlonkowie orkiestry, w zwiazku z czym nie gralam. moze zmartwilo by mnie to miesiac temu, ale nie pod koniec tournee, kiedy kazdy NIE zagrany koncert jest darem bozym. zamiast proby uskutecznilam szoping, pozbywajac sie kolejnej porcji pieniedzy. jesli chodzi o zakupy, jestem w absolutnym szoku. ogolnie rzecz biorac nie lubie chodzic na zakupy, nie cierpie wielkich centrow handlowych, jestem zielona na sama mysl. tutaj jednak wszystko jest tak tanie (obrzydliwie drogie w londynie spodnie tutaj na wyprzedazy kosztuja 15 dolarow; koszulki ponizej 10; szaliki po 3, etc.) i kolorowe, a co jeszcze lepsze - jak na mnie szyte (a to cud), ze nie moge sie powstrzymac. mamy dosc wysokie dniowki zywieniowe, co pozwala na odrobine szalenstwa. przepraszam za smedzenie, ale czulam, ze bylam winna wyjasnienie. moze nawet bardziej sobie niz komukolwiek innemu. jedyny problem, jaki sie objawil, to moja walizka, ktorej nie pomaga juz moje na niej siadanie przy zapinaniu...
wieczorem po koncercie zostalismy zaproszeni przez naszego szanownego soliste i dyrygenta na kolacje w barze sushi. objadlam sie do nieprzytomnosci, opilam wody (z powodu kuracji paracetamolowej nie wypilam ani lyka alkoholu - ominela mnie przyjemnosc sprobowania sake) i w wybitnie dobrym nastroju wrocilam do hotelu (hotel, nota bene, cudowny - jeden z najprzyjemniejszych do tej pory; mam plecak wypchany darmowymi mydelkami l'occitane provance - nie moglam sie powstrzymac:)). w hotelu pomimo poznych godzin nocnym atmosfera wciaz przyjemna. przy lecacych z glosnikow piosenkach de bicz bojs rozwalilam sobie dwa kolana, tanczac z kolega waltornista. moje niekwestionowane wybitne umiejetnosci taneczne.
wczorajsze pesymistyczne prognozy pogodowe i uzgadnianie planu dzialania na dzis okazaly sie kompletnie zbedne. zamiast zapowiadanego deszczu dostalam w prezencie najladniejszy dzien podczas calego tego miesiaca. slonce, zero chmur. po 4,5 godzinach snu wstalam o 7.30, wzielam prysznic, zjadlam ostatni baton z platkow i syropu klonowego + lekarstwa, spakowalam tradycyjnie aparat, pieniadze i paszport i zjechalam z dziesiatego pietra do hotelowego lobby, gdzie czekala na mnie iwona, elen, kaoru i martin. zlapalismy dwie taksowki, podjechalismy do portu, kupilismy bilety na rejs wielorybi i o godz.9.30 odbilismy od brzegu. caly rejs trwal 3,5 godziny. nie moge powiedziec, ze zaliczam rejsy wielorybie szesc razy dziennie i wiem, co to znaczy miec szczescie, ale mysle, ze mielismy go duzo. udalo nam sie wytropic cztery wieloryby, w tym mame z dzieckiem. obserwowanie wielorybow jest niesamowite.
[apdejt sytuacyjny - od paru minut jade wzdluz oceanu i ogladam przepiekne odbicie slonca w wodzie - nie od parady pociag nazywa sie 'surfliner'].
jak twierdzil kapitan, wieloryby maja swoj system oddychania. wyglada to mniej wiecej tak, ze trzy, cztery razy wieloryb wyplywa lekko na powierzchnie, zaczerpujac powietrze (w tym czasie wypompowuje z siebie czubkiem glowy wode), po czym wynurza sie bardziej konkretnie, wypompowuje resztke wody i wystawia na powierzchnie ogon, co swiadczy o tym, ze bedzie nurkowal glebiej ( jest to jakby ostatnie ogniwo cyklu oddychania - wieloryb nabiera powietrza na pare do parunastu minut). i tak w kolko. jest to na pewno ulatwieniem, jesli obserwuje sie jednego wieloryba - mozna przewidziec mniej wiecej, kiedy wyburzy sie ponownie. jedyny problem, to szanownego wieloryba wypatrzyc.
wydaje mi sie, ze mielismy dzisiaj jednak sporo szczescia, a ja dodatkowo mialam 'prywatne widzenie'. podczas gdy wszyscy pasazerowie probowali wytropic wieloryba na przodzie, ja jako jedyna zobaczylam innego z tylu statku- byl dosc blisko, wyplul wode, pokazal mi pletwe i zanurkowal. przepiekny widok!
jesli chodzi o samo bycie na statku - nigdy jeszcze nie plynelam przy takich falach. stalam na przodzie statku (czy to dziob?) i na zgietych nogach ogladalam widoki, cieszac sie, ze nie cierpie na chorobe morska. do czasu. kryzys nadszedl po 1,5 godzinie. na szczescie obylo sie bez szczegolnych ceregieli, ale przez dobre 20 minut bylo mi potwornie niedobrze. probowalam gapic sie na horyzont i udawac, ze wcale nie jestem na wodzie, ale jakos nie umiem sama siebie nabrac. niestrawnosci przeszly jednak tak nagle, jak sie pojawily. w drodze powrotnej zobaczylam delfina, mase lwow morskich i roznego rodzaju ptaki. cudownie.
po powrocie z rejsu wrocilam do hotelu taksowka, w naroznym starbucksie kupilam kawalek ciasta cynamonowego, spakowalam do reszty rzeczy, wymeldowalam sie z hotelu,wsiadlam do kolejnej taksowki i pojechalam na dworzec kolejowy. dworzec ladny i maly. po krotkiej pogawedce z kasjerem nabylam droga kupna bilet do santa ana, po czym, nie mogac sie zorientowac, gdzie wyswietlany jest rozklad jazdy oraz gdzie sa perony, usiadlam w poczekalni. po jakichs 15 minutach zorientowalam sie, ze dworzec w san diego jest miejszy od dworca w opolu, peron jest jeden, a na pociag czeka sie w kolejce na dworze. kiedy dotarlam na dworzec, w kolejce stalo moze 10 osob. kiedy wyszlam na dwor ponownie, w kolejce bylo juz ich conajmniej sto tysiecy. stanelam w kolejce i tak juz zostalam przez nastepne 55 minut (bylam chwile wczesniej + pociag byl opozniony 30 minut). trasa pociagu naprawde przyjemna - wciaz jedziemy wzdluz plazy. ludzi w pociagu zylion - wszystkie miejsca zajete+ludzie stojacy wzdluz wszystkich przedzialow. szefowa pociagu powiedziala wlasnie przez radiowezel: 'we are expecting even more people on the next stop. how much fun will that be.'. istnieje, jak sadze, wielkie prawdopodobienstwo, ze ludzie zaczna siadac na dachu. o czym wlasnie mysle, to roznica miedzy anglia i usa. tutaj po komunikacie wszyscy sie zasmiali, stojacy pasazerowie nawiazuja znajomosci. w anglii natomiast nie dosc, ze wszyscy zaczeliby przeklinac konduktora, kolej angielska i zaistniala sytuacje, to jeszcze odgrywaliby sie na wspolpasazerach. czego by nie mowic o stanach, amerykanie sa nieprawdopodobnie bardziej otwarci i optymistycznie nastawieni od anglikow.
niesamowite jest to, ze wszyscy w orkiestrze jestesmy juz naprawde zmeczeni i chcemy przeciez wracac. z drugiej jednak strony kazdy burczy pod nosem, ze bedzie w jakims sensie teksnil za stanami. przez miesiac mozna sie przywiazac do miejsca (choc wiem, ze mieszkanie w ladnych hotelach, dostawanie kieszonkowego na zycie, mozliwosc nie martwienia sie o cokolwiek - od tego jest szefostwo - rozni sie bardzo od prawdziwego zycia).
zalaczam zdjecia pletwy wieloryba. sa dosc nieostre - brakowalo mi porzadnego obiektywu, ale zawsze to wieloryb:)

czwartek, 24 stycznia 2008

nieznosna california

godz. 11.18
jestem w autokarze. kierunek - santa barbara. minelismy po prawej stronie pasadene, los angeles (pare minut temu zjazd na mulholland drive), malibu i wciaz przemierzamy californie. autokar nr2, w ktorym zawsze siedze jest aktualnie prowadzony przez najmniejsza kobiete swiata. pani o wyjatkowym usmiechu i jeszcze bardziej wyjatkowej fryzurze ledwie siega pedalu gazu, co nie znaczy jednak, ze jedziemy wolno. bynajmniej. wymijamy olbrzymie ciezarowki i inne autobusy w takim tempie, ze nie zdazam sie nawet przezegnac. na drodze dosc spory ruch, szczegolnie w porownaniu z iowa czy virginia. po obu stronach drogi wzgorza, na wzgorzach domy. niewiele jednak widac z powodu chmur, smogu (jak sadze) i deszczu, ktory wlasnie uraczyl nas swoja obecnoscia. czuje sie troche lepiej - trzynascie (!) godzin snu zrobilo swoje. wciaz mam lekko podwyzszona temperature, ale jestem w stanie ustac na nogach. moj wielki mozg juz ktorys raz podpowiada mi, ze bede zyc.

godz. 17.22
za niecala godzine wyjezdzamy z hotelu na koncert. santa barbara byloba cudowna, gdyby nie to, ze deszcz przemienil sie w koszmarna ulewe z blyskawicami. ocean wzburzony, ulice pozalewane, a do tego zimno. ponoc taka pogoda ma sie utrzymac do konca tygodnia. ot i moje szczescie...
owinieta szalikiem i zapakowana w gruby sweter i zimowa kurtke udalam sie pomimo to na podboj miasta (tym razem dalam za wygrana i nie wzielam aparatu). na wyprzedazach kupilam pare koszulek i spodnie dresowe, po czym odwiedzilam rybiarnie, oglaszajaca sie jako najlepsza w miescie. czy jest najlepsza, nie wiem, poniewaz nie probowalam innych, ale fakt faktem, ze jedzenie pyszne!!!! zafundowalam sobie przystawke w postaci swiezutkich kalmarow oraz krabowych ciastek, a jako danie glowne - miecznik (swordfish) z ryzem i swiezutka salata z parmezanem i grzankami. wszystko popilam herbata z cytryna i miodem. raj!!!! mysle, ze waze w tej chwili ok.50kg wiecej niz rano, ale co zrobic. zyje sie raz.
zabudowa w santa barbara, moim zdaniem, sliczna. niskie domy, glownie w stylu meksykanskim, hiszpanskim, srodziemnomorskim czy tez poprostu nadoceanicznym. kolorowe kafle, czerwone dachowki, palmy, drzewka pomaranczowe w ogrodkach. z jednej strony ocean, z drugiej wzgorza. hotel, w ktorym dzisiaj mieszkamy jest polozony nad samiutkim oceanem, a mnie trafil sie olbrzymi pokoj z widokiem na wode. gdyby bylo slonecznie i cieplo, moglabym siedziec do nocy na balkonie, sluchajac szumu fal. poki co moge sobie jedynie pozwolic na sluchanie odglosu klimatycji.
mysle wciaz o wczorajszej wycieczce. poza czterema osobami (z jedna z pan gawedzilam przez ok.15 minut i uslyszalam chyba historie calego jej zycia) nie spotkalismy na szlaku nikogo, a i tak te cztery osoby wydawaly sie potwornym tlumem. probowalam w tym czasie przypomniec sobie glowne ulice londynu, na ktorych w weekend tworza sie korki na chodnikach z powodu nadmiaru ludzi. inny swiat. inna rzeczywistosc.
musze sie zbierac - pora na koncert. najchetniej jednak patrzylabym sie na wode, z kubkiem cieplej herbaty w reku. jak niewiele trzeba do szczescia...
ps. odpowiedz na komentarz, dotyczacy jednego ze zdjec wczorajszych - na koniach jada najprawdopodobniej jacys pracownicy parku. nie jestem to bynajmniej ja.

godz. 0.02
jestem w hotelu. koncert udany - po prawie trzech dniach nie grania mialam nareszcie frajde z bycia na scenie. sala koncertowa przedziwna - wewnatrz jakby teatr wloski, na zewnatrz - palac na bliskim wschodzie.
objadlam sie przed chwila do nieprzytomnosci sushi i batonami z syropem klonowym i chyba pora sie klasc. jutro o 9.30 wyjezdzamy do san diego, a jeszcze przed wyjazdem bedziemy obdzwaniac z elen firmy, zajmujace sie rejsami 'whale watching' (obserwowanie wielorybow). mam coprawda jechac pojutrze w odwiedziny do Cioci Bo, ale rejs jest na tyle wczesnie, ze zdazylabym spokojnie zlapac pociag i wciaz byc w huntington beach w ciagu dnia. oby tylko rejsy odbywaly sie przy takiej pogodzie.
zalaczam dwa zdjecia z widokiem z mojego balkonu.
ps. gud nius - moj zielono-pomaranczowy jojowaty budzik znalazl sie w hotelu i dzisiaj mial zostac do mnie wyslany!:)

środa, 23 stycznia 2008

szlakami indian

godz. 18.49
leze w lozku i zwalczam przeziebienie. pomimo mojej silnej woli, uporu i zamilowania do wyzwan, postanowilam raz byc 'miekka' i wzielam wolne. nie pojechalam na koncert. jestem w hotelu i odpoczywam. od jutra znow zaczynaja sie dosc dlugie podroze autokarem i wole wygrzac sie dzisiaj niz miec z glowy caly tydzien. w przypadku gorszego samopoczucia przysluguje nam prawo do wziecia wolnego, wiec mysle, ze nie wyladuje za to w amerykanskim kryminale. moze obejrze film, moze zasne od razu - jest mi wszystko jedno. to jest MOJ wieczor.
wczoraj, nie myslac juz zbytnio, wlozylam do bagazu podrecznego swoj malenki, skladany zestaw sztuccow i jak mozna sie domyslec, juz go nie mam. zostal na lotnisku w les moines, jako ze nie wolno, rzecz jasna, wnosic na poklad samolotu przedmiotow ostrych. nie mam sztuccow, wiec jem wlasnie platki kukurydziane z rodzynkami reka i zapijam mlekiem prosto z butelki. szkola przetrwania.
pomimo przeziebienia cudownie spedzilam jednak dzisiaj dzien.
z samego rana, o 8.45 wraz z elen, iwona i martinem udalismy sie na lotnisko, gdzie wypozyczylismy sympatyczny samochod (chrysler). cel wyprawy - indian canyons nieopodal palm springs.
na miejsce dotarlismy ok.9.30, zaparkowalismy samochod i przy pieknej pogodzie ruszylismy w trase. palm canyon, east fork trail, east fork loop trail, vandeventer trail i na koniec fern canyon trail. cisza, spokoj. widoki pustynne - wzgorza (szlismy gora dol, gora dol, gora dol przez szesc godzin, pokonujac trase parunastu kilometrow), kaktusy, palmy. jaszczurki, kolibry, orly. w dali - osniezone gory. bylo troche spacerowania po plaskim, troche wspinaczki. a co najwazniejsze - SWIEZE POWIETRZE!!!! po paru tygodniach, spedzonych w klimatyzowanych hotelach, autobusach i salach koncertowych takie ilosci swiezego powietrza, slonca i lekkiego wiatru byly jak zbawienie.
zastanawialam sie ciagle, jak musialo byc niesamowicie, zyc w takim miejscu i w takim sposob. zyc w tak silnym zwiazku z przyroda.
na zakonczenie wycieczki zakupilismy w kanionie pamiatki etniczne, w drodze do wypozyczalni samochodow zjedlismy pyszny obiad w lokalnej rybiarni (swiezy polow - marzenie!), oddalismy samochod i wrocilismy do hotelu. zaraz nafaszeruje sie kolejna porcja lekow i chyba utne sobie drzemke.
ps. pod bostonem istnieje rezerwat, w ktorym wciaz mieszkaja indianie - chcialabym tam kiedys dotrzec.
ps.2. postanowilam zapisac sie na kurs fotografii - dosc juz tej popeliny.
ps.3. nie idzie mi zbyt dobrze - poza sztuccami stracilam tez nowiutki, jojowaty, zielono-pomaranczowy budzik, ktory kupilam w NY. nie zdazylam uzyc go ani razu. zostal na podlodze w restauracji hotelowej w ames (iowa). hotel wciaz sprawdza, czy cos sie znalazlo, ale chyba marne szanse...

poniedziałek, 21 stycznia 2008

golden stejt

godz. 22.20 czasu lokalnego
jestem w palm springs. cofnelismy sie w czasie o kolejne dwie godziny.
wstalam dzisiaj o 5.45, spedzilam 2 godziny w autokarze i prawie 6 godzin w samolotach, z przerwa na obiad na lotnisku w dallas.
wyglada na to, ze jaki mialam poczatek tournee, taki i bede miec koniec - rozwija mi sie przeziebienie. zmiany temperatur, cisnienia, pogody, wilgotnosci oraz zmeczenie robia swoje.
jutro wieksza czesc dnia mamy wolna, tak wiec moge spokojnie spac. mam tez plan, zeby wynajac rano samochod i pojechac do indianskich kanionow. zobaczymy, co z tego wyjdzie.
ps. -15 stopni w iowa zamienilo sie w +15 w californii.

widok z mojego balkonu