wtorek, 15 stycznia 2008

mama, ja latam!!!!!!

godz. 22.36
od trzech dni spie mniej wiecej 3-4 godziny na dobe. dzisiejszego dnia nie zapomne dlugo.
ok.2.30 nad ranem pogodzilam sie z faktem, ze leje jak z cebra i moze sie nie wypogodzic. do deszczu przylaczyl sie snieg - moje martwienie sie na niewiele by sie zdalo. wiec zasnelam na pare godzin. obudzilam sie o 7 rano, wzielam prysznic, spakowalam mapy, plan podrozy, pieniadze, przewiesilam przez ramie torbe z aparatem i statyw i zeszlam do hotelowego lobby, gdzie miala czekac na mnie ellen, kauru i jon, ktorzy bardzo entuzjatycznie odniesli sie do mojego planu dnia. hotelowym busikiem podjechalismy do przystani, a stamtad malym statkiem przeplynelismy na drugi brzeg rzeki. co sie dzialo potem?
lecialam helikopterem!!!!
planowalam to od paru dni, ale nie chcialam zdradzic sie wczesniej, poniewaz wszystko zalezalo od pogody. (nie mowiac o tym, ze pewnie wywolalabym stan przedzawalowy u wiekszosci rodziny:)).
zaraz po dotarciu na manhattan udalismy sie do heliportu, gdzie pan poinformowal nas, ze mozemy leciec z miejsca. za odpowiednia ilosc gotowki. jako, ze wszystkim nam udalo sie zaoszczedzic sporo pieniedzy w przeciagu dwoch tygodni, postanowilismy isc na calosc. w ciagu 15-minutowego lotu zobaczylam wiekszosc czesc manhattanu, statue wolnosci, drapacze chmur i central park. ulice, uliczki i mosty. stadiony i wyspy. pomimo braku slonca widok byl niesamowity, a sam lot helikopterem o wiele przyjemniejszy niz lot samolotem (poza schodzeniem w dol i ostrymi zakretami, kiedy mialam zoladek w gardle).
po tak lekkim i przyjemnym rozpoczeciu dnia udalismy sie na sniadanie. w moonrock diner przy W57th st zjadlam BOSKIE nalesniki z bananami i borowkami amerykanskimi, polane gesto syropem klonowym. zapilam oczywiscie kawa. po sniadaniu, najedzeni jak wieprze, spacerkiem przemiescilismy sie na teren central parku. nie bylo moze slonecznie, ale nie bylo tez ani deszczu ani sniegu, wiec okolicznosci przyrody mozna bylo zaakceptowac:) przeszlismy spora czesc parku, zahaczajac o strawberry fields (miejsce pamieci j.lennona) oraz sezonowa slizgawke.
z central parku, mijajac po drodze carnegie hall i robiac zakupy rozne w paru sklepach, udalismy sie w strone kolejnych atrakcji.
moglabym opisywac wszystko bardzo szczegolowo, ale zajeloby mi to przynajmniej tydzien. napisze wiec w skrocie, ze przeszlam sie glownymi ulicami, zobaczylam miliard zoltych taksowek (raz nawet 'wlasnorecznie' ja zawolalam, drac sie na cale gardlo - taxiiii!!!!!), radio city hall, broadway, waldorf-astoria, rockefeller center, NY library, times square i zylion innych miejsc. wdrapalam sie na czubek empire state building (akurat jak dotarlam na szczyt zaczal padac snieg - obled!!!), zjadlam FANTASTYCZNY obiad w meksykanskiej restauracji na dworcu grand central terminal (specjalnie zanotowalam szczegoly!!! - restauracja 'zocalo', a moj jadlospis: quesadilla tres quesos, seafood fajitas, lemoniada oraz meksykanskie piwo corona - jedyne, jakie toleruja moja kubki smakowe), przeszlam fifth avenue, wypilam kolejne kawy, a na kolosalnych wyprzedazach nabylam droga kupna ochrone przeciwdeszczowa na obiektyw, kamere do skajpa z obiektywem carl zeiss, kolejny szalik, pocztowki, oprawione czarno-biale zdjecia niu jorku i kubek do kawy. jako podsumowanie dnia - wraz z paroma osobami z orkiestry poszlam do 'blue note', jednego z najbardziej znanych i szanowanych klubow jazzowych w nowym jorku (jak sie oglaszaja, jest to swiatowa stolica jazzu), gdzie, oprocz sluchania paquito d'rivera & new york voices (od razu kupilam dwie plyty) raczylam sie drinkami - 'manhattan amore' oraz 'toasted almond'. do hotelu wrocilismy taksowka.
nowy jork jest obledny i moglabym tu zamieszkac od zaraz. nie czuje tego, ze jest duzy, nie czuje tego, ze jest tu sporo ludzi. w powietrzu wisi energia, a ogolnie czuje sie niesamowita przestrzen.
uskutecznilam dzisiaj wybitnie wariacki dzien. w glowie mam miliard wspomnien, w aparacie ponad 500 zdjec, a w otworach twarzowych, zwanych oczami, lzy, ze to juz koniec...
ps. jak smiejemy sie w orkiestrze, na wyjazdach zyjemy za 'darmowe' pieniadze, czyli na dniowkach zywieniowych, ktore sa na tyle wysokie, ze mozna, jesli sie chce, odlozyc pare groszy na specjalne okazje czy inne komputery. to bylo wyjasnienie do tych, ktorzy mysla, ze moje konto peka w szwach od namiaru gotowki:)
ps.2. chyba naprawde jestem w czepku urodzona, bo deszcz zaczal padac na nowo jak tylko wsiedlismy do taksowki w drodze do klubu. w ciagu dnia nie spadla ani kropla.
ps.3. oprocz tego, ze mam szczescie, jestem tez chora psychicznie. poszlam spac pozno, poniewaz mniej wiecej co piec sekund sprawdzalam, jaki jest za oknem stan pogodowy....



poniedziałek, 14 stycznia 2008

niu jork placze...

godz. 0.29
jestem kompletnie przemoczona, buty mi piszcza, spodnie zrobily sie szesc razy dluzsze.
z zapowiadanego sniegu nici, ale za to pojawil sie deszcz. pada i pada, i przestac nie chce. niu jork nie powital mnie zbyt laskawie, co bardzo komplikuje moje jutrzejsze plany wycieczkowe. postanowilam sie jednak nie poddac. gdyby deszcz byl jeszcze gorszy, kupie kalosze. co zobacze, to zobacze, a czego nie zobacze - zobacze NASTEPNYM RAZEM.
autobus podrzucil nas dzisiaj na tajms skuer. wraz z jonem i kauru przeszlismy sie do grand terminal, mijajac po drodze slizgawke przy bryant park (slizgawka marzyla mi sie od LAT, czynna jest do wtorku, ale jak tu skorzystac, jesli pada....). w przypadkowym pubie przy madison avenue zatrzymalismy sie na piwo (ja wypilam herbate!) i kanapki. herbate wypilam jednym duszkiem i odlaczylam sie na chwile. mape nowego jorku znam od paru tygodni na pamiec, wiec skaczac przez kaluze udalo mi sie dosc szybko dobiec na fifth avenue, gdzie we mgle tonal empire state building.
jesli nie przestanie padac, bede musiala kupic jutro parasol, zeby moc robic zdjecia w deszczu. dzis mialam jednak szczescie. na pustej piatej alei, widzac mnie ze statywem, podszedl pan z parasolka i przez caly czas robienia zdjec sluzyl mi za dach. okazalo sie, ze pan jest z londynu (dziwne!!!).
po kolejnej herbacie, piechotka na times square, gdzie dopstrykalam ostatnie zdjecia przed odjazdem autobusu. hmmm... wypilam tez kolejna kawe. nie wiem, czy rozsadnie pic kawe o polnocy, ale raz sie zyje.
nie wiem tez, co wyjdzie z jutra, ale wyruszam pomimo wszystko rano. co by sie nie mialo dziac, mam zamiar zjesc na sniadanie nalesniki z syropem klonowym. wieczorem mamy tez rezerwacje w klubie jazzowym. reszta stoi pod znakiem zapytania.
ps. kupilam zapas wody "poland water", ktorej jest tu zatrzesienie. nie ma ona jednak nic wspolnego z NASZA polska. tutejsza polska jest w stanie maine.



podrozy ciag dalszy

godz. 11.51
jestem w autobusie. dla odmiany. gramy dzisiaj o 15 w wilmington w stanie delaware, co oznacza, ze jedziemy ta sama droga, ktora jechalismy wczoraj do NY. wilmington jest ponoc blisko filadelfii. moj ulubiony kierowca alan zapowiedzial przed chwila, za zaraz po powrocie do weehawken (nasz hotel jest w weehawken, w stanie new jersey, nowy jork jest po drugiej stronie rzeki - na wyciagniecie reki) zawiezie nas autobusem na manhattan.
wczoraj wieczorem gralismy w newark. po powrocie do hotelu spedzilam dwie godziny nad rzeka, robiac zdjecia i gapiac sie na drapacze chmur i rzeke hudson, po czym udalam sie jeszcze na chwile do przyhotelowego baru na lemoniade. polozylam sie o 2.30 z widokiem na financial distric (world trade center former site), planujac wstanie przed switem - wschodu slonca nad manhattanem nie odpuszcze. nie spalam praktycznie w ogole, a kiedy o 6.45 wschod slonca faktycznie sie rozpoczynal, bylam tak skonana czekaniem, ze zasnelam. to sie nazywa wrodzona inteligencja i wyczucie czasu.
skoro niu jork jest miastem, ktore nigdy nie spi, ja tez nie mam zamiaru.
wypijam dziennie hektolitry kawy, a odespie w przyszlym tygodniu.
pogoda w nowym jorku bajeczna - slonce, lekki mroz. ponoc dzisiaj wieczorem (do jutra rana) ma padac snieg. jesli tylko slonce sie utrzyma, bede umierac z radosci.
ps. w weehawken, jak powiedzial mi alan, urodzil sie frank sinatra.

godz. 19.02
jestem znow w autobusie, ale tym razem w drodze powrotnej do weehawken. o czym marze w chwili obecnej, to cokolwiek do jedzenia. w okolicach sali koncertowej nie bylo NIC poza sklepem z paczkami. niedziela - wszystko zamkniete, w zwiazku z czym w ciagu calego dnia zjadlam: jogurt i owoce na sniadanie, ciastko do kawy i zdechlego paczka. zdrowego odzywiania ciag dalszy.
w hotelu powinnismy byc za jakies 20 minut, a 10 minut pozniej wyruszamy na manhattan. nadszedl czas przeprawienia sie przez rzeke! mam cichy plan, zeby sie 'przypadkiem' w nowym jorku zawieruszyc i odlaczyc od grupy na amen:)
ps. zapowiadany snieg wciaz jeszcze nie pada. moze i lepiej, bo to ponoc oznaczaloby paraliz miasta.
zalaczam dwa nudne zdjecia z wilmington.

sobota, 12 stycznia 2008

niech ktos mi przysle tabletki na uspokojenie!!!

godz. 12.31
nie pisalam wczoraj, bo ani nie bylo o czym pisac, ani nie zrobilam zdjec. fairfax w okolicach hotelu okazalo sie nieco lepsze od newport news, ale i tak powialo depresja. virginia, to podobno piekny stan i chce w to wierzyc, ale o miejscach, ktore zobaczylismy zapomne raczej szybko. wieczorem proba i koncert - codziennosc. w przerwie koncertu porozmawialam sobie znow z pinkim, a przed proba spedzilam popoludnie z jonathanem (malezja). przeszukalismy cala okolice, liczac na zakup znaczka z napisem 'virginia' - niestety. jedyne, co udalo sie znalezc, to cztery zdechle pocztowki. niech bedzie i to.
w ramach przygotowan do 'najdluzszego spaceru w dziejach ludzkosci' zaopatrzylam sie w zapasowa karte pamieci do aparatu. spacer bedzie mial miejsce w nowym jorku w poniedzialek i jesli pogoda bedzie taka, jaka jest w tej chwili za oknem (jestesmy mniej wiecej godzine drogi od NY), bede szalec!!! mape mam, trase rozpisalam, aparat rwie sie do robienia zdjec - czekam czekam czekam z niecierpliwoscia:)
ps. zatrzymalismy sie przed chwila na stacji benzynowej - nabylam droga kupna znaczki z napisem 'new jork' i 'new jersey', bo w tych dwoch stanach spedze nastepne trzy dni. ze znalezieniem znaczkow nie mialam problemow - wrecz przeciwnie - prawie rozwalilam sobie nos, wpadajac na stojak. moj wielki mozg podpowiada mi, ze niu jork musi byc dosc popularnym miejscem pielgrzymek ;)
ps.2. apdejt sytuacyjny - wlasnie wylonil sie przed nami manhattan :):):):)

godz. 16.18
siedze w hotelowym lobby, z widokiem na manhattan i jestem juz po uszy zakochana w nowym jorku. mieszkamy w sheratonie, zaraz nad rzeka. dokladnie na przeciwko hotelu, po drugiej stronie rzeki pnie sie do gory empire state building, po prawej stronie majaczy brooklyn bridge, po lewej - central park. moglabym sie tu z miejsca przeprowadzic. jak babcie kocham.
za godzine jedziemy na probe, zaraz potem koncert. pierwsza wycieczke na manhattan uskutecznie dopiero jutro wieczorem.


piątek, 11 stycznia 2008

stolica depresji

godz. 1.31
jeszcze przez pare godzin jestem w newport news. bylam przekonana, ze zostajemy tutaj na dwa dni, ale na szczescie sie mylilam i co wiecej - jesli nigdy wiecej sie tu nie pojawie, nie bede umierac z rozpaczy. co za paskudne miejsce!
mozliwe, ze trafila nam sie poprostu podla okolica hotelu, ale przez dwie godziny probowalam znalezc jakies pozytywne aspekty, robiac rozeznanie w terenie i NIC. nul. zero. nafing. niszto. jakby tego bylo malo, popadywal przy okazji deszcz.
o lasach, malych lokalnych sklepikach i przyjemnych spacerach mozna i trzeba w tym miescie zapomniec. charakter krajobrazu raczej industrialny. wszedzie dzwigi, statki (jestesmy jakby nie patrzec nad woda) i roboty drogowe, ktore wygladaja na permanentne. [jak juz zostalo ustalone, mam slabosc do oceanu. tutaj, owszem, jest mi slabo, ale raczej z rozpaczy]
na obiad wybralam sie do japonskiej restauracji - objadlam sie nieprzytomnie zupa miso, sushi z krabem 'light-shelted' (zjada sie calego, nie obranego ponoc), makaronem z warzywami i krewetkami (robie postepy w oswajaniu sie z jedzeniem krewetek - zapanowalam nad krzywieniem sie) i innymi przysmakami, ktorych nazw nigdy w zyciu nie bede w stanie zapamietac. pomimo najszczerszych checi.
po obiedzie w stanie kompletnej desperacji przemierzalam okolice wzdluz i wszerz, szukajac sklepu, w ktorym moglabym kupic znaczek z napisem 'virginia' (planuje przywiezienie znaczka z kazdego stanu. wszystkie musze kupic oczywiscie osobiscie i mam nadzieje skompletowac 52). o znaczku musialam jednak zapomniec rownie szybko jak zapomnialam o drzewach, pagorkach i sloncu. wrocilam do hotelu i cudem udalo mi sie dozyc jakos wyjazdu na probe.
od dzisiaj kierowca naszego autobusu jest alan - smieszny pan, straszna gadula. alan ma mikrofon i caly czas chce sie czyms z nami dzielic. w przeciagu 5 minut dowiedzielismy sie o nim w zasadzie wszystkiego. poza numerem buta.
koncert udany. przyjemna sala, a ogolnie nareszcie gralo mi sie naprawde dobrze. jako ze dzisiaj czwartek i o godz.22 zaczynal sie w telewizji 'ostry dyzur', probowalam grac szybciej, zeby zdazyc do hotelu, ale mialoby to jedynie sens, gdyby wszyscy w orkiestrze mieli te sama obsesje. skrocic koncertu nie dalam rady, ale na 'ER' zdazylam pomimo wszystko, biegnac z autobusu do swojego pokoju na osmym pietrze (znow jestem na wysokosciach. wczoraj coprawda mialam pokoj na pietrze ostatnim, ale ostatnie pietro bylo jednoczesnie pierwszym). po 'ostrym dyzurze' skusilam sie jeszcze na drinka po pobliskim pabie (mam cala reke wymazana przez ochroniarza flamastrem - musialam pokazac paszport, zeby wejsc do srodka), a teraz jestem juz w pokoju i oddaje sie w objecia morfeusza.
gudnajt
ps. zalaczam zdjecia z jakze malowniczego niuport nius w stanie wirdzinia. za depresje spowodowana patrzeniem na zdjecia nie biore odpowiedzialnosci!
ps.2. poprzednikiem, a raczej poprzedniczka alana (kierowcy) byla pani. pani wygladala wypisz wymaluj jak z filmu 'terminator'. notorycznie zula gume, miala fryzure na czeski metal i sluchala (spiewajac przy tym...) amerykanskich szlagierow. zaczynam sie zastanawiac, gdzie oni u licha znajduja tych naszych kierowcow?! :)


czwartek, 10 stycznia 2008

norf karolajna

godz. 16.35
leze sobie wlasnie na olbrzymim lozku w hotelu 'carolina inn' w chapel hill. jestem najedzona i dotleniona. hotel cudowny - stary i z dusza. cieple kolory, drewniane stare meble, pachnace mydelka.
krajobraz za oknem zupelnie inny niz na florydzie. zrobilo sie lesnie (nie myslic z 'oblesnie') i pagorkowato. zamiast papierowych domkow - ceglane domy. zamiast plazy - parki. zamiast drogich centrow handlowych - lokalne malenkie sklepiki, w ktorych ciezko znalezc cokolwiek poza coca-cola i produktami promujacymi lokalna druzyne. ogolnie rzecz biorac - zrobilo sie ludzko, swojsko.
poszlismy w pare osob na obiad do spanky's (zjadlam WYBITNY deser), po czym ucielam sobie dlugi spacer. wszystko wyglada jak na planie filmowym, pogoda do tego bajeczna (juz nie tak goraco, a w sam raz).
lot z orlando spedzilam natomiast na planowaniu najdluzszego spaceru swiata w nowym jorku (juz w poniedzialek!!!). po przylocie "autobusowalismy" jeszcze przez 40 minut, co dalo dzisiaj angielskim burakom pole do popisu - dwojka z nich pobila wszelkie rekordy chamstwa, stosujac BARDZO rasistowskie i nacjonalistyczne uwagi pod adresem kaoru (japonka) i moim. bylo to dosc przykre, ale z drugiej strony tylko nalezy im wspolczuc. ponad dwa razy starsi ode mnie, a mozgi jak ziarnka piasku (jesli w ogole).
za godzine ide na probe, a zaraz potem gram koncert. mam nadzieje dzisiaj sie wyspac. wrazenia ogolne? bardzo mi sie tu podoba.
ps. uniwersytet w chapel hill jest, jak wyczytalam najstarszym uniwersytetem w usa. cale miasto, to w zasadzie jeden wielki campus.
ps.2. na lotnisku wdalam sie w rozmowe z panem przeswietlajacym bagaz podreczny. okazalo sie, ze przez cale zycie pracowal jako muzyk - glownie przy wszelkiego rodzaju projektach disney'a. kiedy nadeszla 'susza muzyczna', musial znalezc prace w innej branzy, zeby moc oplacac alimenty. planuje jednak rzucic prace na lotnisku i znow zyc z grania. opowiadal o muzyce w niesamowity sposob. smutne, ze 90% 'profesjonalnych' muzykow nie ma w sobie tyle pasji i potrzeby grania, ile pan z lotniska.
godz. 23.54
proba, koncert i kolacja po meksykansku. padam ze zmeczenia na twarz.
chapel hill jest zdecydowanie urokliwe, a co najwazniejsze - charakter miejsca zwarty - jestem w stanie poruszac sie bez uzycia samochodu (ktorego przeciez nie mam).
cala orkiestra mowi juz tylko o dniu wolnym w nowym jorku. wiekszosc osob byla tam juz nie raz, ale wszyscy wciaz tak samo sie ciesza na sama mysl o pobycie. ja rozrysowalam sobie dzisiaj na mapie trase, ktora mam zamiar przejsc (krzyzyk na droge - to bedzie DLUGI spacer - smieje sie, ze bede biec. nawet, jesli zaczne o 5 rano) + zaplanowalam COS, o czym napisze dopiero po fakcie. jesli zrealizuje plan, bede latac ze szczescia.
zalaczam pare zdjec z dzisiaj i ide spac. rano wyjezdzamy do newport news w virginii.

środa, 9 stycznia 2008

hanka, chodz do domu!

godz. 22.04
trzy godziny w autobusie, pol godziny proby (dyrygent z powodu zalamania nerwowego(!) oraz problemow z wiza zostal oddelegowany do kanady, w zwiazku z czym pinchas dyrygowal calym koncertem, grajac), 45 minut przerwy, koncert i powrot. powinnismy byc w hotelu ok. 1 w nocy, trzeba sie spakowac i wstac 4 godziny pozniej - opuszczamy floryde.
jestem glodna jak pies. nie zdazylam zjesc obiadu, poniewaz w okolicy hotelu nie bylo NIC. nie zjadlam tez kolacji, poniewaz w jedynym miejscu w okolicy sali koncertowej, w ktorym mozna bylo cos kupic zabraklo jedzenia z powodu nadmiaru klientow. w zwiazku z tym w ciagu calego dnia udalo mi sie zjesc: odrobine sniadania, karmelowego milky way, jablko, banana i pare czipsow czosnkowych. ach, no i kawalek ciasta bananowego. nie ma przeciez nic wazniejszego, niz zdrowa dieta.
w trakcie polgodzinnej proby wdalam sie w rozmowe z zukermanem [dla nie wtajemniczonych - zukerman jest jednym z najbardziej znanych i uznanych skrzypkow na swiecie]. porozmawialismy troche o skrzypcach i szkole lutniczej w cremonie, po czym zeszlo na tematy polskie. okazalo sie, ze matka pinchasa jest z lodzi, a ojciec z warszawy, ale wyjechali wieki temu, wiec sie ponoc nie liczy. pinki (jak na niego mowia zdrobniale) zaprezentowal mi swoje umiejetnosci jezykowe, krzyczac: "hanka, chodz do domu". jak sie okazalo, jest to jedyne zdanie, jakie umie powiedziec po polsku. calkiem przydatne. zdecydowanie.
nasze male pogawedki musialy byc chyba przyjemne dla obu stron, poniewaz zaraz przed koncertem, kiedy przebieralam sie w ubikacji, zostala mi dostarczona przesylka od pinchasa. jakis lutnik dal "maestro" skrzypce do wyprobowania, a "maestro" przekazal je mnie, w zwiazku z czym pierwsza czesc koncertu gralam na nigdy nie granym instrumencie. nie byly to zdecydowanie skrzypce sezonu, ale zawsze odrobina zabawy i jakies urozmaicenie.
zabieram sie za "ostry dyzur".
eustachy spi - biedak jest jeszcze dosc osowialy, ale powoli zaczyna miec do mnie zaufanie. mam tylko nadzieje, ze wypchanie go ryzem zaraz po urodzeniu (sadyzm!!!) nie zrujnowalo mu psychiki na amen.
ps. nie wiem, jaki bede miec dostep do internetu przez najblizszych pare dni. jutro lecimy do chapel hill w polnocnej karolinie, a dzien pozniej "autobusujemy" do newport news w virginii. po newport news czas na fairfax, a dzien po fairfax ladujemy w newark.[na new jersey czekam z niecierpliwoscia, poniewaz hotel jest z widokiem na manhattan:)] z newark wyskakujemy na chwile do wilmington w stanie delaware, po czym wracamy do new jersey i spedzamy dzien wolny w nowym jorku. postaram sie pisac tak czesto, jak to mozliwe.

wtorek, 8 stycznia 2008

moj mysz eustachy

godz. 13.15
co za dzien! na dworze slonce, +26 stopni, niemalze bezchmurne niebo.
wlasnie wrocilam z centrum handlowego. pojechalysmy taksowka - pare dziewczyn. glowny cel wyprawy - zakup walizek. walizke kupilam na spolke z kolezanka, a dokladnie rzecz biorac ona uparla sie, ze zaplaci. zafundowala rowniez wszystkim wizyte w starbucksie, a ja nauczona doswiadczeniem nie odmowilam. jak ktos az tak chce placic, dlaczego odmawiac mu tej przyjemnosci:)
nie wiem, dlaczego, ale moj problem z doborem spodni z powodu szerokich bioder tutaj nie istnieje. co wkladam, to kupuje. sa tak wielkie wyprzedaze, ze w londynie za te sama cene dostalabym przy duzym szczesciu moze jedna skarpetke. kupilam spodnie, koszulke oraz.... mojego mysza!!!!!
mysz od razu zostal ochrzczony - nazywa sie eustachy (nie wiem, dlaczego, ale z miejsca wygladal dla mnie jak eustachy, nie inaczej!) i bedzie od tej pory moim towarzyszem podrozy. jego dokumenty twierdza, ze urodzil sie w turcji i zostal tam wypchany ryzem (biedne zwierze...), ale uznajmy zgodnie, ze urodzil sie na florydzie. ciesze sie, ze nie posiada broni, bo jestem pewna, ze co rano, widzac mnie zaraz po przebudzeniu mialby ochote strzelac.

za 75 minut jedziemy do gainesville na kolejny koncert. zaczyna sie ostre podrozowanie i przez najblizszy tydzien bardzo malo snu. dzisiaj tez nie spalam dlugo - ok.4,5 godziny. jak zwykle mialam tysiac mysli na sekunde i glownie uskutecznialam planowanie zakupu DOBREGO smyczka. nie wygralam w toto-lotka, ale wczoraj tata poinformowal mnie, ze dostalam stypendium ministra - "mloda polska" na zakup smyczka. smyczek jest tak samo wazny jak skrzypce i jest naprawde WIELKIM wydatkiem, tak wiec skakalam z radosci pod sufit!!!! :):):)
pora konczyc pisanie. musze spakowac walizke (wracamy z koncertu w nocy, a nad ranem opuszczamy floryde, lecac do chapel hill w polnocnej karolinie) i zapoznac mojego mysza z zasadami podrozowania.
orewuar

ciao napoli

godz. 22.22(!)
piec godzin w autobusie, godzina proby, pol godziny przerwy, koncert i znow jestesmy w autobusie. na drodze korek jak stad do honolulu, stoimy. jutro wczesnie rano pobudka i wyprawa do byle jakiego sklepu po byle jaka walizke. w zwiazku z ograniczeniami na lotach wewnetrznych w stanach musze sie nieco przepakowac, zeby nie placic przy kazdym locie sporej sumy za nadbagaz. zaraz po sklepie znow wsiadamy w autobus - kolejnych pare godzin w drodze, kolejny koncert i powrot pozno w nocy(2/3).
dzisiaj gralismy w naples, czyli neapolu. z wlochami nie mialo to chyba wiele wspolnego, ale z drugiej strony ciezko mi stwierdzic, bo przyjechalismy prosto na probe i nie widzialam NIC. uroki podrozowania. w polgodzinnej przerwie miedzy proba a koncertem udalo mi sie zjesc "kolacje", przebrac i skoczyc do centrum handlowego, gdzie na wyprzedazy kupilam rekawiczki (myslac, ze sa czarne. jak widac, myslenie znow mi nie posluzylo, bo czarne nie sa. bynajmniej...) i szalik bawelniany. w czarnym welnianym zaczynalam sie powoli gotowac przy temperaturze +23 na dworze. (moj biedny lewy migdalek wciaz domaga sie ciepla, wiec o pozbyciu sie szalika nie ma na razie mowy).
koncert jak to koncert. po symfonii stojaca owacja (to juz sie robi nudne!!!!!). pinchas zagral swoj tradycyjny bis - kolysanke brahmsa i tym razem udalo mu sie zmusic cala sale do spiewania. ciezko dzisiaj jednak bylo ze skupieniem. przyznaje sie bez bicia, ze przez caly koncert myslalam o kupieniu w californii mojego wymarzonego od pewnego czasu roweru 'beach cruiser'. o tym, jakie bedzie mial siodelko i ile moze kosztowac wyslanie go do polski, lacznie z oplaceniem cla. naprawde probowalam skupic sie na graniu, ale jesli gra sie codziennie ten sam program, czasem jest ciezko. w drugiej czesci koncertu myslalam natomiast o tym, co bede robic w nowym jorku, gdzie za tydzien mam dzien wolny i jak by tu zwiedzic cale chicago, majac do dyspozycji 6 godzin. granie koncertow opiera sie, jak widac na przykladzie na bardzo intensywnym procesie myslowym!!!! :)
wciaz stoimy. na drodze byl wypadek, przed chwila wyladowal helikopter, zeby zabrac pacjentow. wokol pelno policji. zabieram sie za ogladanie ostrego dyzuru".

ps. w ramach zapoznawania sie z kuchnia lokalna, co zawsze na wyjazdach uskuteczniam, w drodze do neapolu zjadlam na stacji benzynowej amerykanski sosycz z zoltym serem i bananowego mafina. mialam nadzieje, ze sosycz okaze sie tradycyjna polska parowka, ale jednak nie. doznania smakowe? smakowal jeszcze gorzej niz wygladal (a wygladal kiepsko).
ps.2. rowniez w drodze do neapolu widzialam dziwne zjawisko przyrodnicze. ciemno-szara chmura, zwezajaca sie ku dolowi. wygladalo to, jak na moj gust (choc nie gustuje w takich rzeczach. moze powinnam raczej powiedziec - na podstawie mojej wiedzy, zdobytej przy okazji ogladania amerykanskich superprodukcji) jak poczatek jakiejs traby powietrznej. wszedzie naokolo bylo slonecznie, poza ta jedna olbrzymia prawie czarna chmura, ktora dosc szybko zblizala sie do naszego wesolego autobusu. jako ze kierowca nic sobie z tego nie robil i dalej 'wisial' na telefonie, jedzac w tym czasie szescdziesiata juz chyba paczke czipsow, postanowilam rowniez sie tym nie przejmowac. moj wielki mozg podpowiedzial mi, ze zawal serca w sytuacji nadejscia traby powietrznej niewiele by pomogl. a wrecz moglby zostac niezauwazony.
ps.3. juz w ktoryms miescie na florydzie zauwazylam dosc ciekawe zjawisko. z meganofow na ulicach nie leca piosenki pop, a ... muzyka barokowa (poli, widze, jak rozpiera cie teraz duma!!!). kto by pomyslal....
ps.4. apdejt sytuacyjny - RUSZYLISMY! (godz.23). gdyby przy okazji takich wypadkow wzywano w polsce helikoptery, w samym opolu musielibysmy ich miec przynajmniej zylion. przygladajac sie bacznie zza szyby nie zauwazylam nic poza urwanym zderzakiem.
[dojechalismy do hotelu o 2.35]


na zdjeciu centrum handlowe - jedyne, co widzialam w neapolu.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

sanszajn stejt zaswiecil pelnym blaskiem

godz. 23.52
zaczynam pisanie juz ktorys raz i juz ktorys raz z rzedu wszystko kasuje. nie wiem, od czego zaczac, nie wiem, jak wszystko opisac. dzien byl jak z bajki!!!!
o 9 rano wraz z kaoru, skrzypaczka, wsiadlysmy w centrum orlando w autobus linii nr 50, ktory za symboliczna sume $1.75 (taksowka $35) mial nas zawiezc do sea world. jak mial zrobic, tak i zrobil.

co sie dzialo potem? zalaczam pare zdjec, a napisze tyle, ze po raz pierwszy w zyciu widzialam na zywo morsy, pingwiny, orki, rozne delfinopodobne (nie znam nazw polskich) flamingi, dziwne ptaki i jeszcze dziwniejsze ryby (lacznie z konikiem morskim jakby porosnietym trawami). widzialam pare 'show' z udzialem delfinow, fok i orek (chyba naprawde sie starzeje, bo plakalam na prawie kazdym...) i zjadlam na obiad rybe o nazwie moon fish w restauracji "shark's underwater grill", polegajacej na siedzeniu w akwarium pelnym rekinow i piranii.
co jeszcze... pierwszy raz w zyciu dotknelam i karmilam wlasnorecznie delfiny.
pisalam juz chyba nie raz, ze do oceanu ciagnelo mnie zawsze. dzisiaj odzylo we mnie marzenie, ktore mialam od dziecka, a o ktorym nigdy raczej nie mowilam. zawsze chcialam mieszkac nad woda i pracowac z delfinami. znac je od podszewki, plywac, uczyc, pracowac razem. wciaz nie moge znalezc wspolnego mianownika dla grania na skrzypcach i realizacji tego marzenia, ale cos wymysle!jeszcze wymysle!!!
a poki co objadam sie moim ulubionym maslem orzechowym 'skippy' i wciaz walcze z podszywaniem spodni, sluchajac de bicz bojs.





niedziela, 6 stycznia 2008

edward klosinski

godz. 0.43
wlasnie przeczytalam, ze wczoraj zmarl edward klosinski.

smutne....

amerikan driim

godz. 22.58
wrocilam wlasnie do hotelu. koncert sie udal, owacje na stojaco. codziennosc;)
dowiedzialam sie na portierni, ze internet jest wliczony w cene pokoju, tak wiec moge szalec do woli:)
z powodu afery z dziecmi nie moglam wczoraj dlugo zasnac i do 3.30 ogladalam 'ostry dyzur'. efekt - wstalam POZNO. inna sprawa, ze za oknem widok tak nie atrakcyjny, ze nie mialam motywacji.
nie wiem, o co chodzi z tym hotelem, ale dzieja sie tu rzeczy rozne i dziwne. ok.13 do pokoju naprzeciwko zapukala ochrona i poprosila pana, ktory tam mieszka, a ktory tez chyba nie mogl sie zmobilizowac z okazji widoku z okna, bo byl w samym reczniku po prysznicu "porannym", o opuszczenie pokoju ze wzgledu na rzekomy alarm pozarowy. nie wiem, dlaczego tylko pan w reczniku mialby zostac uratowany przy okazji pozaru, ale nie skorzystal z propozycji i zamknal ochronie drzwi na nosie. zeby bylo jeszcze lepiej, ochrona nie nalegala.
jakos przed godz.15 zmusilam sie do wyjscia. cel - znalezienie czegos do jedzenia. na portierni dowiedzialam sie, ze sklep jest DALEKO i lepiej, zebym wziela taksowke. przycisnelam pania i okazalo sie, ze musze poprostu dojsc do konca ulicy, przy ktorej mieszkamy i juz jestem w sklepie. jak sie mozna domyslic, postanowilam zaryzykowac i pokonac ten dystans pieszo;) wypytalam sie przy okazji o ceny taksowek, autobusy i wynajem samochodu odnosnie jutrzejszego dnia wolnego.
droga do sklepu bardzo przyjemna. okolica w ktorej jest hotel jest dosc paskudna. jest to niby centrum, ale wybitnie nie atrakcyjne. w miare drogi wszystko jednak zmienialo sie w amerikan driim. domki jak z papieru. przy kazdym domu przynajmniej jeden samochod. w prawie kazdym ogrodku posrod palm przynajmniej jeden renifer (wciaz kroluje klimat swiateczny). ogolnie cicho i przyjemnie. dojscie do sklepu zajelo mi faktycznie sporo czasu, ale tylko i wylacznie ze wzgledu na robienie zdjec + dwa wypadki samochodowe (ja chyba naprawde przynosze pecha!!!!).
kupilam bulki, salate, lososia, rozne sery, soki i bajgle (tym razem cynamon z rodzynka, niestety nie mieli niebieskich...), porozmawialam z kasjerem o aparacie i robieniu zdjec i udalam sie w droge powrotna z papierowa torba pelna smakolykow (bardzo podoba mi sie pakowanie zakupow w papierowe torby. ekologia + fajny wyglad).
jutro mamy dzien wolny. jako ze orlando jest chyba najwiekszym na swiecie skupiskiem parkow tematycznych (disney i nie tylko), kazdy cos planuje. wieksza czesc orkiestry jedzie do osrodka NASA. ja natomiast, wierna morzu, odwiedzam the sea world. najblizszy tydzien spedzimy w wiekszosci w autobusach, tak wiec jutrzejsze szalenstwo jest jak najbardziej potrzebne.
zamieszczam pare zdjec z orlando i lece pod prysznic. przed snem czeka mnie tez podwijanie i obszywanie spodni. podroze ksztalca.

ps. historia dzieci sie wyjasnila. rodzice poszli na przyjecie, zostawiajac malutkie dzieci same w pokoju. ochroniarzy zawolal Tony, skrzypek z orkiestry (kompletny czub, ktorego uwielbiam:)), kiedy znalazl o polnocy jedno z dzieci placzace na korytarzu. tony prawie spoliczkowal dzisiaj rano matke dzieci w windzie.

ps.2. odkrylismy dzisiaj z Tonym prawo dotyczace broni i strzelania na florydzie. otoz obywatel ma prawo strzelic do osobnika, jesli tamten wyda mu sie podejrzany. zrobisz dziwna albo glupia mine i juz kulka w leb. jest to tak idiotyczne, ze mozna kogos postrzelic za nic, a jesli umrze, wymyslic pretekst po fakcie. do tej pory nie jestem w stanie w to uwierzyc, ale niestety jest to prawda. sunshine state.

ps.3 wiem, ze wszystko wyglada inaczej, jak sie gdzies zacznie mieszkac na codzien i prowadzic 'normalne' zycie i wiem, ze wiele rzeczy w stanach jest totalnym szalenstwem i wariatkowem, ale o ile jest to pomimo wszystko lepsze od anglii!!!

sobota, 5 stycznia 2008

czy jest gdzies w okolicy oprah winfrey???

godz. 1.02 (noc, czyli juz 5.01.07)
30 minut temu dostalam sie do mojego pokoju. z 7go pietra w poprzednim hotelu awansowalam na 9te. jesli w kazdym kolejnym hotelu bede o 2 pietra wyzej, ostatnia noc w californii spedze na [szybka kalkulacja] 37mym pietrze. hmmm.... moze jednak nie...

myslalam, ze poloze sie spac, ale raz, ze postanowilam sie jednak podlaczyc do internetu w celu wyjasnienia do konca sytuacji lokum londynskiego, a dwa, ze cos sie dzieje za sciana!!!
lekko przysypiam i na poczatku zirytowalo mnie, ze o 1 w nocy ktos sie drze na korytarzu, bardzo glosno puka do czyichs drzwi, a dodatkowo stoi z dzieckiem, ktore nie dosc, ze jeszcze nie spi, to jeszcze placze.
moj wielki mozg podpowiedzial mi, ze w sytuacji tej nie wszystko jest takie, jak trzeba. nie mylil sie!
podeszlam do drzwi i przez wizjer zaczelam obserwowac, co sie dzieje, podsluchujac przy okazji.
ktos pukajacy do czyichs drzwi, to ochrona, probujaca sie dostac do pokoju obok. obok ochrony, malutkie dziecko. z pomoca jeszcze innego czlonka ekipy hotelowej udalo im sie dostac sie do srodka. a co w srodku? jeszcze jedno dziecko, jeszcze mniejsze, przykryte kocykiem, drace sie w nieboglosy. poza dzieckiem w pokoju nikogo.
dlaczego jedno dziecko bylo zamkniete w pokoju, a drugie zostalo najwidoczniej znalezione gdzies w hotelu, nie wiem. dlaczego byly same, nie mam pojecia.
ochrona probuje namierzyc kogo trzeba.
ale juz najbardziej nie wiem, dlaczego ja mam zawsze szczescie do takich sytuacji!!!!
i jak tu zasnac, kiedy za sciana ktos porzucil dwojke malutkich dzieci?
oby nie...
koszmar...

piątek, 4 stycznia 2008

komu w droge...

za 20 minut musze opuscic pokoj hotelowy. rano dowiedzialam sie, ze od lutego nie mam gdzie mieszkac w londynie (dluga historia), tak wiec - maile, telefony, smsy. jakby tego bylo malo, spakowalam walizke, po czym musialam ja rozpakowac - okazalo sie, ze klucz do walizki zostal na dnie. wrodzona inteligencja.
o 14 wyjezdzamy z west palm beach. kierunek - vero beach. koncert o 19.30. zaraz po koncercie wsiadamy znow w autobus i jedziemy do hotelu w orlando, gdzie bedziemy nocowac przez nastepne 3 dni. chyba. nie pamietam.
za oknem BRZYDKO. jeszcze dwie godziny temu bylo slonce, a teraz straszna ulewa, wiatr.
za 14 minut musze opuscic pokoj. czas wysuszyc glowe, spakowac reszte rzeczy i w droge.

godz. 15.12 (w polsce - 21.12)
glupota ludzka nie zna granic, a ja robie w tej dziedzinie niesamowite postepy.
mniej wiecej o 12 udalo mi sie opuscic pokoj. wtarabanilam sie do windy z milionem siatek, walizka, plecakiem i skrzypcami. zjechalam na dol, zaplacilam dosc egzotyczny rachunek za 4-minutowa rozmowe z domem w sylwestra (trafilam na tego samego milego portiera, ktory znow nie policzyl mi za internet), oddalam klucz i siadlam w fotelu. mniej wiecej 1,5 godziny pozniej kolezanka japonka pokazala mi znajdujaca sie za moja glowa plansze, na ktorej jak wol bylo napisane, ze pokoje mozna opuscic o 14, a wyjazd o 15. spedzilam wiec 2,5 godziny, siedzac na bagazach w holu hotelu.
nie ma jednak tego zlego- nareszcie mialam czas, zeby wrocic do czytania 'przesunac horyzont' martyny wojciechowskiej. uwielbiam ksiazki podroznicze, listy, dzienniki, a te ksiazke czyta sie swietnie. smieje sie wrecz na glos, bo bardzo czesto mam wrazenie, ze czytam o sobie.
"wbrew pozorom nie posiadam silnej wewnetrznej motywacji do treningu. zawsze znajduje ja 'na zewnatrz'. (...) najbardziej jednak motywuje mnie, gdy slysze: "martyna, nie dasz rady!" - wtedy dostaje skrzydel".
"wytrzymalosc psychiczna? z tym u mnie najlepiej. zawsze sie sprawdzam w trudnych, podbramkowych sytuacjach. o ile czasami uzalam sie nad soba i marudze w codziennym zyciu, o tyle w ogniu walki potrafie sie zmobilizowac. (...) niskie temperatury? moja zmora. od dziecinstwa bylam zmarzlakiem. marzne bardzo szybko, nawet spie w cieplych skarpetach. kiedy wszyscy nosza ubrania z krotkim rekawem, ja potrafie sie opatulic grubym swetrem. na kazdym wyjezdzie mam ze soba wagon rozgrzewaczy chemicznych i tone superzaawansowanych technologicznie skarpetek, ale czesto i to nie wystarcza."
smiesznie zobaczyc rozne tego typu podobienstwa, a przy tym podobne zamilowanie do podrozy, potrzebe planowania wypraw niemozliwych i upor maniaka w ich realizacji.

jestesmy w drodze do vero beach. ponoc w poblizu kosciola, w ktorym dzisiaj gramy (program ten sam, co wczoraj, wiec skrocili nam probe) nie ma NIC, w zwiazku z czym wszyscy kurczowo sciskaja w rekach siatki z jedzeniem. w ramach mojego zamilowania do probowania potraw dziwnych i produktow lokalnych zjadlam wlasnie NIEBIESKA BULKE o nazwie blueberry bagel. calkiem nie najgorsza.
stosujac sie do zalecen domownikow, a takze dzisiejszych porad przystojnego doktora szymona z wroclawia zakupilam owoce i zapas wody. wciaz mam kaszel i katar, a do tego bol gardla, ale skoro doktor mowi, zeby sie nie martwic, to sie juz oficjalnie nie martwie. moj wrodzony optymizm podpowiada mi, ze bede zyc:)

sytuacja mieszkaniowa w londynie zupelnie mnie nie przeraza. wszystko uklada sie wrecz w piekna calosc! potrzebny mi dach nad glowa jedynie miedzy 29tym stycznia a 4tym lutego oraz miedzy 14tym lutego a 6tym marca. kochani, jesli ktokolwiek z czytajacych zechcialby przygarnac mnie i moja czerwona walizke chocby na pare dni, dajcie znac. bede dozgonnie wdzieczna i obiecuje odwdzieczyc sie nie tylko finansowo, ale rowniez nauka 'line-dancing', nocnym spiewaniem arii oraz gotowaniem potraw szybkich, niezdrowych i, co najwazniejsze, niesmacznych:)
ps. przy okazji czytania ksiazki udalo mi sie wymyslic kolejne dwie podroze do zrealizowania:)

godz. 16.26
wydaje mi sie, ze pisalam juz cos na temat podrozy i tego, ze nigdy niczego do konca nie da sie przewidziec. swieta prawda!
jest nas w sumie trzy autobusy. jedziemy jeden za drugim. a przynajmniej taki jest plan. przed chwila wszystkie trzy rozjechaly sie w trzech roznych kierunkach. nasz przeuroczy kierowca autobusu, w okularach grubych jak denka od sloikow wymachuje wydrukiem trasy z internetu, probujac zrozumiec w tym samym czasie, co mowi do niego GPS i dzwoniac do pozostalych kierowcow. kierowca jest strasznie smieszny, nie jest stad, nic nie rozumie, a my przynajmniej mamy okazje zobaczyc floryde od podszewki, wjezdzajac autobusem ludziom w podworka. uwielbiam podroze:)

godz. 22.21
koncert udany (poza tym, ze dostalam na scenie nieprawdopodobnego ataku kaszlu i pobilam swoj zyciowy rekord, jesli chodzi o wstrzymywanie oddechu). musze przyznac jedno, zukerman ma przepiekny dzwiek...
ale oto i znow jestesmy w autobusie. kierunek - orlando.
zastanawialismy sie, jakiej narodowosci jest kierowca. po angielsku nie rozumie za wiele. cos jest nie tak z jakims czujnikiem, w zwiazku z czym w calym autobusie nie slychac nic poza potwornie glosnym bibczeniem. kierowca lamanym angielskim wyjasnil, ze trzeba zjechac na pobocze, wylaczyc silnik, wlaczyc na nowo i po problemie. w miedzyczasie poprosilismy tez o wlaczenie personalnych lampek - wiekszosc oglada filmy na dvd, ale czesc osob ma ochote czytac. w tym ja. jak sie zorientowalismy juz wczesniej, kierowca (uroczy czlowiek, nota bene!) nie dosc, ze mowi po angielsku kiepsko, nie zna rowniez zbyt dobrze obslugi tego autobusu.

dialog jednego z czlonkow orkiestry z kierowca [w tle obrzydliwie glosne bibczenie alarmu]:
- can you please turn the reading lights on.
- yes. yes. lights. [tu nastepuje pstrykanie wszystkimi mozliwymi przyciskami].
- you know, to read. a book. lights. reading lights.
- lights. yes. yes.[kierowca wlacza swiatlo nad swoja glowa, nasze wciaz nie dzialaja i pyta - lights ok?]
- no, you don't have to read. WE wanna read. [tu nastepuje znow pstrykanie przyciskami po czym zrezygnowany czlonek orkiestry wraca na miejsce].

zatrzymalismy sie w pewnym momencie. kierowca dostal oklaski. wylaczyl silnik. wlaczyl z powrotem. alarm sie uspokoil. niesmialo poprosilam o wlaczenie lampek do czytania (siedze w pierwszym rzedzie), kierowca wlaczyl sobie swiatlo nad glowa, dwie sekundy pozniej je wylaczyl, wcisnal pare innych guzikow, czujnik znow zwariowal i tak oto jestesmy w drodze przy baaardzo glosnym dzwieku alarmu. jak uspokaja kierowca, usmiechajac sie - no serious problem. you don't worry.
:)

Babcine swieto

poniewaz nie udalo mi sie zadzwonic do domu o ludzkiej polskiej porze, korzystam z okazji i krzycze tutaj:
BABCIU, WSZYSTKIEGO NAJ NAJ NAJ!!!!!!! :)

rano proba, o 14 koncert. zaraz po koncercie, uzbrojona w aparat, statyw, zimowa kurtke, rekawiczki, szalik, czapke i kaptur polecialam nad ocean. pogoda w west palm beach nie najlepsza. zimno, wietrznie, pochmurnie i momentami deszczowo. na moscie, na ktorym od wiatru urywalo glowe minelam trzech chlopakow z calym asortymentem wedek. nie wiem, co lowi sie przy takiej pogodzie i przy takim wietrze na moscie, ale na pewno trzeba miec wielkie samozaparcie. choc szczerze mowiac, zeby isc w taka pogode nad ocean, trzeba miec rownie nierowno pod sufitem.
CZARNE niebo, straszny wiatr, duze fale- jedna na drugiej. probowalam zrobic pare zdjec, ale niewiele z tego wyszlo. postalam przez chwile, nabralam w pluca swiezego powietrza i zaczelam wracac. zorientowanie sie, ze mam cala twarz w piachu zajelo mi przynajmniej 5 minut.
niesamowite, jak szybko zmienia sie pogoda. nad samym oceanem naprawde czarne, przerazajace niebo i coraz silniejszy wiatr. nad miastem - biale, burzowe chmury. rownie nieprzyjemne.
w drodze do domu kupilam zapas wody (do czego to doszlo, zebym wypijala przynajmniej 2-3 litrow wody dziennie...)(nigdy nie pilam wody w takich ilosciach!), papki gerbera, pare bulek, ser bialy i herbate. mam wiec mala, dietetyczna uczte, a co najwazniejsze - zasiadam wlasnie do obejrzenia 'ostrego dyzuru' w telewizji. jak niewiele trzeba do szczescia:)
pod spodem jeszcze pare zdjec z wczoraj.


środa, 2 stycznia 2008

inauguracja

wczorajsze chmury sa juz wspomnieniem. za oknem piekne slonce, blekitne niebo, lekki wiatr. wybieram sie do sklepu po zapas bulek i nad jezioro po 'widoki'. zoladek sie opamietal - nie boli. kaszel i katar - coz, jeszcze sa, ale moge juz mowic, nie straszac ludzi.
nie moge pojac jednego - dlaczego woda w kranie jest az tak chlorowana. smierdze na sto kilometrow.
popoludniu pierwsza proba, a wieczorem koncert inaugurujacy miesieczna trase z
pinchasem zukermanem.
ps. przegladalam strony, zajmujace sie organizowaniem podrozy dookola swiata. bilet lotniczy jest o wiele tanszy, niz myslalam!



godz. 14.50 czasu lokalnego
jestem przetleniona, chce mi sie okrutnie spac, mam bordowa twarz i sajgon na glowie z powodu wiatru, prawie 300 nowych zdjec w aparacie (co oznacza wieczor zajety wybieraniem najladniejszych), garsc muszelek w tylnej kieszeni spodni, usmiech od ucha do ucha i zapas energii na nastepnych 60 lat. powod? znalazlam OCEAN !!!!!!! :) :) :)
ponoc dla chcacego nic trudnego.
jest to faktycznie kawalek drogi od hotelu. musialam przejsc przez west palm beach, przekroczyc jezioro/rzeke, zeby znalezc sie w palm beach i jeszcze troche isc. w sumie ok.50minut szybkim(!) krokiem z hotelu. z wywieszonym jezorem, prawie biegnac z braku czasu dotarlam na miejsce. jakie widoki! jaki zapach powietrza!
slonce, czyste niebo, palmy, fale, muszelki, ptaki, a nawet jeden surfer.
bycie w podrozy daje przestrzen, poczucie, ze niczego tak do konca nie mozna zaplanowac, przewidziec. mysle, ze woda ma w sobie cos podobnego. za duze zjawisko. i moze dlatego uspokaja, bo jest od nas o wiele silniejsza. moge sie gapic na wode godzinami. mam chyba jakas mini-klaustrofobie, potrzebuje przestrzeni. chyba nic, poza domem, nie daje mi takiego poczucia spokoju, jak bycie nad morzem/oceanem.


godz. 22.57 czasu lokalnego (czyli wciaz 6 godzin wczesniej niz w polsce)


koncert inauguracyjny zagrany. duza (jestesmy przeciez w ameryce:)), ladna sala. sklad orkiestry z powodu chorob roznych zmniejszony o pare osob (jeden pan wrecz w lokalnym szpitalu z powodu problemow z sercem). wyprobowalam w trakcie koncertu chinski smyczek z wlokna, ktory kupilam za smieszne 33 funty - okazuje sie, ze da sie tym grac, a co najwazniejsze - jest nie do zlamania i nie trzeba sie martwic o zmiany pogody. niech zyja chinczycy.
z +25 stopni temperatura spadla tak, ze na koncert szlam w kurtce zimowej i czapce. moj pokoj wyglada natomiast jak po przejsciu tornado. zaraz przed wyjsciem zwidzialo mi sie, ze zapomnialam z anglii spodni koncertowych, wiec cala zawartosc 110-litrowej walizki wyladowala na podlodze. spodnie sie znalazly, ale zawartosci sprzatacjuz nie mam sily.
odczuwam skutki dzisiejszego dotlenienia sie - katar sie powieksza, gardlo troche znow boli, ale co tam - warto bylo.
aha, odkrylam, ze jesli po wysuszeniu wlosow siedze przez ok. 10-15 minut w czapce welnianej na glowie (co na florydzie przy temp.+25st wyglada szczegolnie idiotycznie), pomaga to w uformowaniu strzechy na caly dzien.

zalaczam wspomnienia slonecznej pogody.


wtorek, 1 stycznia 2008

sylwester i nowy rok na florydzie

31.12.07 - SYLWESTER

lejdis end dzentelmen,wszystkiego najlepszego noworocznie zycze ja, juz na amerykanskiej ziemi. okolo godz. 15.30 czasu lokalnego wyladowalismy w miami. spalam zeszlej nocy ok. 2,5 godz z powodu dopakowywania i przepakowywania walizki, czego efekt widac w sumie teraz - w trakcie pisania tych paru zdan zdazylam juz zasnac przynajmniej zylion razy.
[tu nastapila przerwa - ucielam sobie 'krotka' 14-godzinna drzemke]

1.01.08 - NOWY ROK

jest godz. 8.53 czasu lokalnego. leze w lozku, jedzac resztke polskich sucharkow, pije kolejny litr wody i pisze. jesli chodzi o sylwestra - musze chyba zaczac od poczatku....
z lekkim opoznieniem ok. 10 rano czasu londynskiego wystartowalismy z lotniska heathrow samolotem linii virgin atlantic. kierunek - miami, floryda. samolot w miare wygodny, sasiad zabawny (na wstepie spytal, czy mam jakies plany odnosnie nowego jorku i przedstawil propozycje spedzenia dnia z kinie - cztery seanse z przerwa na obiad. delikatnie odmowilam:)), jedzenie - trudno stwierdzic, bo nie zjadlam nic poza dwiema bulkami z odrobina masla, krakersami i jogurtem. z malymi przerwami na rozmowe z Frankiem (sasiadem), ktory dosc imponujaco duzo wiedzial na temat polskiego zuzlarstwa, ogladalam filmy. 'ratatouille' - CUDOWNY!!!!, 'a mighty heart' (autentyczna historia amerykanskiego dziennikarza zamordowanego w pakistanie - na poczatku draznilo mnie aktorstwo, ale dobry film) i na koniec 'no reservations' (gniot romantyczny z katerina zita-dzons w roli glownej - zabawny, lekki - nie ma co sie wdawac w szczegoly). oczywiscie na kazdym filmie plakalam, a zeby jakos sie zakamuflowac, przy okazji placzu odslanialam okno, oslepiajac sie sloncem i udawalam, ze te lzy, to nadmiar swiatla. wrodzony spryt.
podroz przyjemna (poza dosc solidnymi turbulencjami), ale do czasu. na godzine przed ladowaniem moj zoladek kompletnie odmowil wspolpracy. nie bede sie wdawac w szczegoly, ale czulam sie conajmniej fatalnie. ledwie stojac na nogach wyszlam z samolotu. na lotnisku zaznajomilam sie z wiekszoscia toalet, jakie byly po drodze (udalo mi sie, pomimo podlego samopoczucia, zasmiac na glos - na dworze +28 stopni, slonce, blekitne niebo, a z megafonow leci 'i'm dreaming of a white christmas' :)). zebralam sie jakos w garsc, zrobiono mi kolejne zdjecie (uwazam, ze ze wzgledu na moj nad wymiar atrakcyjny wczoraj wyglad, zdjecie powinno znalezc sie conajmniej na okladce vanity fair), zdjeto odciski palcow i zostalam oficjalnie powitana w HAMERYKIE!!!
z samolotu przesiedlismy sie w autobus i w 1,5 godz przetransportowano nas do west palm beach.
[na zdjeciu ponizej - miami z okien autobusu]
udalo mi sie zadzwonic do domu zaraz po polnocy - zlozylam zyczenia. po telefonie skontaktowalam sie z menagerem orkiestry, pytajac o lekarza (oprocz spraw zoladkowych stracilam rowniez glos przy okazji przeziebienia - jak sie okazuje, jest to wirus rota - nie polecam), wrocilam do pokoju, porozmawialam jeszcze z mama i zasnelam, skrecajac sie z bolu. mysle, ze byl to zdecydowanie sylwester mojego zycia.
dzisiaj jest jednak lepiej, choc nie chce zapeszac. czuje sie slabo, ale zoladek chyba sie uspokoil, ja nie jestem juz koloru bialej sciany. bede zyc. pogoda za oknem bajeczna. do tego palmy, ocean. ogarne sie, spakuje aparat, statyw, wode, sucharkowe okruchy i zaczynam ekspolorowac teren. ahoj przygodo!
ps. wczoraj wieczorem odkrylam kolejne siwe wlosy na glowie. postanowienie noworoczne - przestaje je wyrywac. jak sie starzec, to z klasa! :)

NOWY ROK, godz. 13.57 czasu lokalnego

wrocilam ze spaceru. na dworze +26 stopni. pierwszy raz w zyciu chodze w Nowy Rok w krotkim rekawku i nie szczekam zebami:)
nie mam 'za rogiem' oceanu, ale i tak jest przyjemnie. wszedzie palmy, SZEROKIE ulice, na ulicach megafony, z ktorych leca swiateczne piosenki w dosc hawajskich aranzach. sklepy pootwierane, wszedzie wyprzedaze. kupilam dwie koszulki, wode, suche bulki i zapas coca-coli (czego moge byc pewna, coli w tym kraju mi nie zabraknie:) - na zoladek-bomba!).
zrobilam troche zdjec, porozmawialam z przechodniami - inna planeta w porownaniu z londynem, gdzie nie dosc, ze nikt na ciebie na ulicy nie spojrzy, to jeszcze jesli w ogole sie odezwie, jest to albo niecenzuralne albo agresywne.
zaluje, ze nie mam sandalow, bo jest to wymarzona pogoda na krotkie spodenki, ale wiekszosc trasy i tak spedzimy w mniej przyjemnych temperaturach.
bardzo mily pan portier wlaczyl mi w pokoju na dobe internet za darmo (mozliwe, ze z litosci - glos mam jak zza grobu), tak wiec pisze, dzwonie, obrabiam zdjecia i jest cudownie!:)

apdejt sytuacyjny - pogoda chwilowo nieco poudpadla, chmurzy sie, a ja ciesze sie po cichu, ze nie jestesmy tutaj w sezonie silnych deszczy i huraganow. floryda, nota bene, to podobno amerykanska 'stolica' blyskawic.
jesli chodzi o atrakcje kulturalne, moze byc z tym ciezko, bo jestem bez samochodu.
wszysto znajduje sie, jak wynika z ogloszen, JEDYNIE pare mil od hotelu, ale trzeba miec czym te pare mil przejechac. bede pewnie chodzic naokolo hotelu do wieczora.
nie udalo mi sie zobaczyc jeszcze oceanu, ale za hotelem jest natomiast dosc spore jezioro (wydaje mi sie, ze jest to albo lake mangonia albo clear lake). licze na zachod slonca posrod palm.

na zdjeciu ponizej - dekoracja swiateczna w hotelowym ogrodku.




NOWY ROK - godz. 20.03 czasu lokalnego

dochodze do wniosku, ze jest tu naprawde tanio (albo mamy dosc wysoka dniowke zywieniowa). poszlam po cytryne, wrocilam ze spodniami. mialam nadzieje na zachod slonca wsrod palm nad jeziorem, ale jak wiadomo - nadzieja matka glupich. pogoda sie nie poprawila, a zrobilo sie wrecz jeszcze bardziej pochmurno. tak wiec zachodu slonca niet. udalo mi sie jednak znalezc jezioro, uniwersytet i kosciol. zrobilam pare zdjec i wrocilam do hotelu. wilgotnosc powietrza na florydzie potworna - od 70% wzwyz. wszystko sie lepi, a na glowie mam strzeche.
mam tajny plan, zeby wziac dzisiaj do reki skrzypce i przegrac chocby jedna game (to dopiero bedzie wydarzenie artystyczne...), a potem moze jakis film, moze serial w telewizji. szkoda, ze moj ukochany 'ER' czyli 'ostry dyzur' leci w czwartki - nie obejrze na zywo:( jutro zaczyna sie praca.